Praca za granicą. Emigracja


Wyjazd do pracy za granicę to bardzo ważna decyzja, która może pociągnąć za sobą wiele zaskakujących następstw. Dla jednych to szansa ucieczki z domu przed rodziną, czy problemami. Inni widzą w tym szansę na doraźne rozwiązanie problemów finansowych czy życiowych. Pewna część z tych ludzi zostaje za granicą na stałe stając się emigrantami.

Historia Polski to w znacznym stopniu historia emigracji Polaków. Szacuje się, że ok. 17 mln. Polaków żyje na stałe za granicą. Byś może jest ich znacznie więcej, a tylko tylko tylu wciąż czuje się Polakami. Główny strumień imigracji nastąpił w okresie zaborów. Względy ekonomiczne i polityczne spowodowały, że wiele osób na stałe opuściło Polskę w XVIII i XIX wieku. W okresie zaborów i II Wojny Światowej były masowe przesiedlenia wgłąb Rosji. Były też przypadki pojedynczych zsyłek w latach pięćdziesiątych. Wielu Polaków nie wróciło z zesłania na Syberię.

Szacuje się, że deportacje objęły 2 milionów Polaków. Repatriantów było niespełna 1,7 mln w tym dzieci zesłańców z okresu carskiej Rosji i autochtonów z kresów. Ciężko ustalić to dokładnie ponieważ nie ma dokładnych statystyk z kresów wschodnich. Związek Sowiecki traktował zamieszkałych tam Polaków jako obywateli ZSRR. Wielu Polaków nadal mieszka na Ukrainie, Białorusi i Litwie. Nieznana jest dokładna liczba Polaków zamieszkujących Syberię i Kazachstan.

W przededniu II Wojny Światowej wielu Polakom udało się uciec do Ameryki i do państw Europy Zachodniej. Podczas okupacji 2,5 mln Polaków trafiło do pracy przymusowej na terenie Niemiec. Nie wszyscy wrócili, gdy w Polsce władzę przejął rząd współpracujący z Rosją Sowiecką. Oblicza się, że podczas okupacji z terenów Polski wywieziono do Niemiec celu germanizacji 200 tysięcy dzieci.  

Po zakończeniu II Wojny Światowej poza Polską znalazło się w sumie ponad 5 mln osób. Około miliona nie wróciło do Polski. Osiedlali się w różnych regionach świata, głównie w Europie Zachodniej (RFN, Francja, Holandia, Belgia), USA, Kanadzie, Australii i Argentynie. W Londynie powstał nawet rząd na emigracji który działał do 1990 roku.

W latach 1950-1980 z powodów ekonomicznych i politycznych wyjechało z Polski kolejne 800 tyś osób. W samym tylko 1968 roku z powodu działań antysemickich opuściło nasz kraj ok. 20 tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego. Należy też wspomnieć o przymusowych deportacjach Polaków w okresie stanu wojennego. Na szczęście nie wywożono ich na Syberię. Pozwolono im wyjechać na zachód. Z powodów politycznych zmuszono do opuszczenia kraju kolejne kilka tysięcy osób.




Po 1989 roku, a zwłaszcza po wstąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej, zmienił się status osób wyjeżdżających z Polski. Nie uważamy już ich za emigrantów, ale osoby które z powodów ekonomicznych czasowo wyjeżdżają z Polski, zwykle w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Wiele z tych osób ma podwójne obywatelsko z powodu małżeństw mieszanych, czy urodzenia na terenie innych państw europejskich, czy w USA. Znaczna część z nich staje się bezpaństwowcami, chociaż chętnie mieszkają w dzielnicach polskich zachowując namiastkę narodowości, jak to jest w Greenpoincie w Nowym Yorku.

Teraz wyjazdy z Polski są najczęściej określane jako wyjazd za pracą.

Według danych z GUS w 2015 roku 2 mln 397 tys. Polaków wyjechało do pracy za granicą, w tym niemal 2,1 mln w Europie. Wśród krajów UE, najwięcej osób przebywało w Wielkiej Brytanii (720 tys.), Niemczech (655 tys.), Holandii (112 tys.) oraz w Irlandii (111 tys.) i we Włoszech (94 tys.). Pozostali szukali pracy w Belgii, Szwecji, Austrii, Danii oraz Francji. Dużo mniej Polaków wybrało Norwegię, Hiszpanię, czy Grecję.


Jaki zawód mają ci co wyjeżdżają?

 

Najwięcej wyjeżdża wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych budowlańców. Nie bez  znaczenia jest opinia o Polakach, że każdy zna się na murarce. Nie ma co się dziwić. W Polsce znajomość budowlanki, szczególne na wsiach, jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. To za sprawą wykonywania różnych prac sposobem gospodarskim. Doskonały przykład: praca przy żniwach, chociaż obecnie chyba zanika już ta samopomoc sąsiedzka.

Drugą grupą są fachowcy, tak zwane złote rączki. Hydraulik z Polski był we Francji przez wiele lat pozytywnym przykładem potrzebnego im imigranta. To samo dotyczy zanikających również u nas zawodów ślusarza, spawacza, szlifierza, szklarza itp.

Następną grupą zawodową wyjeżdżającą za pracą na zachód są pracownicy sezonowi. Wszędzie brakuje rąk do pracy przy zbiorze jagód, truskawek, szparagów, jabłek, pomarańczy itp. Do tej pracy są zatrudnieni pracownicy bez wykształcenia, często nie znający języka. To rodzi pokusę zmuszania ich do pracy niemal niewolniczej. Znane są przykłady z południowych Włoch, Hiszpanii, czy Wielkiej Brytanii, gdzie takie precedensy miały miejsce. To ciekawe bo  Polacy jeżdżą do prac sezonowych na zachód, a do nas przyjeżdżają w to miejsce Ukraińcy.

Oprócz pracowników do prac sezonowych potrzebni są również pracownicy do robót, których nie chcą wykonywać inni.  Niewykwalifikowani są zawsze potrzebni w zakładach komunalnych, w sortowniach odpadów, przy czyszczeniu ryb, pracach rozładunkowych itp.


Kolejną dużą grupą zawodową wyjeżdżającą do pracy na zachód są medycy. Lekarze, pielęgniarki i personel medyczny. To świetnie wykształcona i dobrze zarabiająca grupa pracownicza, która masowo wyjeżdża z Polski głównie z powodów ekonomicznych. Praktycznie nie ma szpitala na zachodzie, gdzie nie pracują Polacy. Oprócz dużo wyższych pensji mają tam zapewniony dużo większy komfort pracy. Nie muszą pracować po 400 godzin miesięcznie a mimo to zarabiają kilkukrotnie więcej niż w Polsce. Do tego na zachodzie łatwiej dostać się na specjalizację, zdać egzamin lekarski, poznawać nowoczesne metody leczenie nie bojąc się, że szpitala nie stać na ich stosowanie. Na ich miejsce Ukraińcy do Polski nie przyjadą.

Opiekunki do dzieci i osób starszych. To kolejna grupa zawodowa bardzo poszukiwana w wielu krajach. Przede wszystkim Europa się starzeje i brak jest wykwalifikowanego personelu który zajmie się osobami starszymi. To samo dotyczy opiekunek do dzieci. Ten sam problem występuje w Polsce w dużych miastach, gdzie młodym rodzicom bardziej opłaca się zatrudnić opiekunkę nić wozić dzieci do przedszkola.

Ostatnio najbardziej poszukiwaną grupą zawodową są kierowcy. Problem dotyczy również Polski. Kierowców szuka się wszędzie. Nawet nasze firmy transportowe wysyłają swoich personalnych za granicę na Białoruś czy Ukrainę by tam werbowali chętnych do pracy w Polsce. Podobnie jest na zachodzie.  Szczególne w Wielkiej Brytanii z powodu ruchu lewostronnego. Z tego powodu od lat Brytyjczycy zastanawiają się czy nie wprowadzić ruchu prawostronnego.

Duża ilość imigrantów w krajach zachodnich powoduje, że w wielu miastach w którym jest duże skupisko Polaków zatrudnia się ich do pełnienia funkcji policjantów i ochroniarzy. Tak jest na wyspach jak i w Niemczech. Czasem są to działania sezonowe podczas koncertów czy na kampusach gdzie studiują Polacy, a także w dzielnicach gdzie, się chętniej osiedlają. Praca ochroniarza to najczęstsza oferta wśród polskich studentów uczących się w Wielkiej Brytanii i Niemczech.

Dobrą renomą cieszą się polscy informatycy i przedstawiciele branży IT. By nie musieli pracować i zarabiać na zachodzie wiele firm zachodnich otworzyło swoje przedstawicielstwa w Polsce w miastach akademickich Łódź, Wrocław, Kraków, Poznań. Niektóre, nawet nie otwierają swojej działalności w Polsce zatrudniając pracowników na prowizjach handlowych. To skutecznie zmniejszyło ofertę pracy na zachodzie dla tej grupy zawodowej.



Kto może liczyć na pracę za granica?


To że jest praca nie oznacza, że każdy ją dostanie. Trzeba przede wszystkim znać język, mieć konkretny zawód i uregulowaną sytuację rodzinną. Najlepiej gdy nie ma się dzieci, a do pracy wyjeżdża razem z partnerem. Najpopularniejszym językiem obcym jaki znamy jest język angielski. Pewnie dlatego najchętniej wyjeżdżamy do pracy w Wielkiej Brytanii. Już w ofertach pracy często pojawia się oferta dla par. Wiadomo że zatrudnienie takich osób może skutkować nie tylko okresowym zatrudnieniem ale pracą na stałe, lub wręcz emigracją. Najwięcej ofert dotyczy opiekunek do osób starczych, pracę w hotelu, czy pracy dla osób niewykwalifikowanych na produkcji. Oczywiście potrzeba tradycyjnie kierowców, mechaników samochodowych, robotników do prac drogowych.

Minimalne zarobki na tych stanowiskach to 1200-2500 £ miesięcznie. Lekarze mogą liczyć na pensję od 2600 do 9000 £. Koszt mieszkania to koszt ok. 500-1500 £ na miesiąc. Trzeba więc wynajmować w kilka osób zwłaszcza w Londynie. Jedzenie jest nieco tańsze niż w Polsce. Oczywiście jak się samemu je przygotuje i kupuje w marketach. Dodając do tego podatki takie tam, to miesięcznie
wydaje się około 950 £ na osobę. Więc teoretycznie zaoszczędzić można wszystko co jest ponad to.

Czyli zostanie jakieś 1000 zł na miesiąc przy minimalnej pensji. Niestety dużo w tym wszystkim namieszał Brexit. Funciak ciągle leci w dół i nie wiadomo co będzie dalej zwłaszcza z socjalem.

Drugim krajem gdzie jeżdżą do pracy Polacy są Niemcy. Praca w Niemczech jest o tyle korzystniejsza że jest bliżej Polski. Są osoby które tam pracują a na weekendy jeżdżą do kraju po słoiczki z jedzeniem domowym od mamusi, zobaczyć dzieci, czy przyjechać na zajęcia do szkoły. Drogi dobre wiec jak się ma sprawny samochód to nie jest to problem. Najwięcej ofert pracy dotyczy budowlańców i robotników niewykwalifikowanych. Potrzebne są też na dużą skalę opiekunki do osób starszych, przy produkcji, w magazynach i przy pakowaniu. Sporo jest też ofert dla pracowników sezonowych, kierowców i w usługach hotelowych. Łatwo też o pracę dla sprzątaczek. Niektórzy otwierają tam nawet własne usługi zakładając firmy sprzątające.


Dużo Polaków ze Śląska pracowało w kopalniach w Zagłębiu Ruhry. Gwara śląska jest tam w powszechnym użyciu wśród mieszkających tam Polaków. Niestety to jest przeszłość. Kopalnie są coraz częściej zamykane bo ze względów ekologicznych spada zapotrzebowanie na węgiel. Głównym warunkiem dostania pracy w Niemczech jest znajomość języka niemieckiego. Zarobki w Niemczech ciągle rosną, jednak dużo szybciej rosną koszty utrzymania. Za Odrą najwięcej mogą zarobić wykwalifikowani pracownicy, którzy mogą udokumentować swoje doświadczenie i posiadają uprawnienia niezbędne do pracy w danej branży. Średnia płaca to około 4 tyś Euro. Jednak tak jak u nas w większość ofert pracy proponowane wynagrodzenie to 1600-2000 Euro. Minimalne wynagrodzenie 9,10 Euro na godzinę. Najniższe pensje są na wschodzie Niemiec. Lekarz-imigrant może liczyć na stażu na pensję ok. 2500 Euro na czysto. Z opinii osób pracujących w Niemczech koszt utrzymania to około 900 euro na osobę. To by dawało nawet 700 -1000 Euro oszczędności, jakieś 2,5 - 4 tyś. zł na miesiąc .

Następnym kierunkiem naszych wyjazdów do pracy są Stany Zjednoczone. Odległość, koszt podróży i konieczność zdobycia wiz powoduje że najczęściej do pracy w USA  wybierają się ci co mają tam rodzinę i dostali zaproszenie, lub ci co od razu decydują się na wyjazd na stałe. Ciężko wiec określić ile można odłożyć miesięcznie podczas takiego wyjazdu. Zdecydowanie "życie" jest tam dużo tańsze. Pozostałe kierunki gdzie Polacy jeżdżą do pracy to Irlandia, Holandia, Szwecja, Austria, Włochy, Francja. Warunki pracy i zarobki są podobne jak w Niemczech. Barierę stanowi znajomość języka konieczna przy szukaniu zatrudnienia. W kilku z tych państw pojawią się oferty pracy sezonowej w rolnictwie. Trzeba jednak uważać by źle nie trafić, bo w wielu przypadkach praca ta przypomina pracę niewolniczą. Są też stereotypu. Grecy i Włosi niechętnie płacą wynagrodzenie za wykonaną pracę. Często trzeba ich wręcz błagać. Ale mogą to być odczucia indywidualne, lub ktoś miał pecha i złego zleceniodawcę. Niedawno znajomy miał problem z uzyskaniem zapłaty za wykonaną usługę budowlaną w Szwecji. A przecież Szwedzi zawsze cieszyli się najlepszą opinią. Z pewnością bez dobrej znajomości języka sami prosimy się o problemy. Jak zwykle najłatwiej złapać pracę w kuchni. Wystarczy przejść się ulicą, a ogłoszenia w sprawie pracy znajdziemy na witrynach restauracji.


Pamiętajmy, że za granicą na pomoc prawną czy opiekę polskich związków zawodowych nie mamy co liczyć.  To dziwne bo taką pomoc mają zapewnioną obywatele z wielu państw. Silnie zorganizowani są Turcy, czy Pakistańczycy. Kiedyś o swoich obywateli pracujących za granicą bardzo dbała Jugosławia. Teraz pomocy musimy szukać prywatnie lub próbować naszym problemem zainteresować jaką fundację pozarządową chroniącą ludzi przed pracą niewolniczą. Dobra zmiana w tym zakresie chce wprowadzić podwójne opodatkowanie i na każdego kto pracuje za granicą i przyzna się, że jest Polakiem zobligować do sporządzania deklaracji PIT. W ten sposób po raz kolejny rząd chce złamać przepisy unijne.

Dodatkowo nasz rząd usilnie walczy by Polacy zatrudnieni na zasadach pracownika delegowanego zarabiali tyle co w Polsce. Czyli 2100 zł + 30 zł za każdy dzień delegacji. To daje około 2600 zł tylko że oni żyją, płacą za mieszkanie tam a nie w Polsce. O to byłą słynna awantura między premier Szydło i prezydentem Macronem, kiedy to uczono Francuzów jeść widelcem.

Globalizacja i fala uchodźców spowodowała napływ taniej siły roboczej, która zalała Europę. Wielu personalnych z krajów gdzie imigranci są mile widziani penetrowali obozy uchodźców by znaleźć wykwalifikowanych pracowników. Najwięcej ściągali ich Szwedzi i Niemcy. Dzięki temu pozyskali wielu lekarzy, inżynierów, czy wykwalifikowanych specjalistów z wielu dziedzin. To skutecznie przyhamowało rynek pracy dla Polaków. Do tego dochodzi masowa migracja wykształconych Chorwatów, Bośniaków, czy Serbów którzy z powodzeniem znajdują intratną pracę w Austrii i Niemczech. To dzięki dawnym kontaktom związków zawodowych byłej Jugosławii inżynierowie, lekarze, prawnicy z Bałkanów z łatwością obejmują dobrze płatne stanowiska. Mimo, że lekarze stażyści więcej zarabiają w Serbii niż w Polsce to i tak wolą robić specjalizację w szpitalach Austrii i Niemiec. Po prostu tam mają szansę poznać najnowsze osiągnięcia medycyny. W krajach tych bezrobocie wśród młody sięga 54 %. Nic więc dziwnego że ten masowy exodus jest na tak dużą skalę. Z samej Chorwacji liczącej nieco ponad 4 mln ludzi w ostatnich dwu latach wyjechało za granicę 200 tyś. młodych ludzi. To tak jakby w dwa lata z Polski wyjechało 2 mln mieszkańców. Po prostu system emerytalny by "padł".

 

Długofalowe skutki pracy za granicą


Załamanie systemu emerytalnego - taki może być skutek społeczny pracy za granicą, ale na tym nie koniec. Brak podatków, brak wpłat na ubezpieczenia społeczne. Największym problemem jest zerwanie więzi rodzinnych i patriotycznych.

Eurosieroty, sieroty emigracyjne to zjawisko powszechnie znane w wielu rejonach kraju, ale najbardziej widoczne w Polsce wschodniej, zwłaszcza na Podkarpaciu. Rodzice wyjeżdżają "za chlebem" porzucając swoje dzieci na łaskę rodziny lub wręcz oddając do domów dziecka. Jest również znaczący wzrost rozwodów spowodowanych rozbiciem rodzin. Za kilka odłożonych funtów czy Euro rozpadają się rodziny. Dochodzi do chorób psychicznych dzieci i współmałżonków. Jednocześnie osoby które wyjeżdżają za granicę przyzwyczajają się do takiego stanu, braku obowiązków i odpowiedzialności za pozostawioną w Polsce rodzinę. Te osoby znikając z naszego rynku pracy tracą możliwość powrotu do dawnych zajęć. Izolacja z branżą, w której pracowali powoduje że "wypadają" z rynku.

Pracujący za granicą źle czują się w obcym kraju, a w Polsce jedynie gośćmi na wakacjach.  Po kilkunastu latach, mocno wyeksploatowani, nie mają żadnych perspektyw na emeryturę czy zdobycie pracy w Polsce. To ponownie nakręca spiralę frustracji. Dlatego wiele osób pracujących za granicą boi się wracać do kraju. Czasem nawet nie mają za co wrócić. Dlatego na zachodzie ciągle wzrasta ilość bezdomnych Polaków, żyjących w skrajnym ubóstwie. Widać ich na ulicach Rzymu, w Londynie, Paryżu i wielu większych miastach Europejskich. W wielu krajach stają się ofiarami napadów narodowców.

To problem z którym nie wiadomo co zrobić.


#praca za granicą #emigracja #praca w Anglii #praca Niemczech #praca dla kierowców #praca dla lekarzy #eurosieroty


Freestyler Ester Ledecka

Zdjęcie z oficjalnej strony Ester Ledeckiej - http://www.ester-ledecka.cz

Luty 2018 roku to miesiąc w którym możemy dużo dowiedzieć się o nas jako narodzie. Rząd, prezydent i większość sejmowa ciągle prowadzi wojnę praktycznie już z całym światem obrażając po kolei wszystkich dotychczasowych partnerów i przyjaciół, a głód sukcesu mają Polakom zrekompensować sportowcy. Złoty medal dla Stocha staje się polską racją stanu w prezencie na jej 100-lecie odzyskania niepodległości, a najlepszym komentarzem jest opinia dziennikarza w telewizji abonamentowej "tym razem nie udało się organizatorom odebrać przelicznikami polskiego zwycięstwa". Mamy więc światowy spisek i heroiczną walkę Polaka o zwycięstwo z całym światem. Najbardziej w tym szumie współczuję polskim sportowcom.


Zdjęcie z oficjalnej strony Ester Ledeckiej - http://www.ester-ledecka.cz

Ponieważ każde włączenie telewizora powoduje, że docierają do nas wieści z olimpiady warto poruszyć temat gogli który pojawił się na zimowej olimpiadzie w nieco różnym kontekście. Pierwszy to przejazd naszego młodziutkiego 22 letniego saneczkarza, który bohatersko bez gogli, a w zasadzie bez maski pokonał tor saneczkowy pędząc z prędkością 130 km/h oraz doświadczonej i utytułowanej 22 letniej czeskiej snowboardzistki i od niedawna narciarki alpejskiej, która w goglach przyszła na konferencję prasową bo "przypadkowo" zdobyła złoty medal i nie miała makijażu. Okazało się że oprócz makijażu Ester nie miała też własnych nart. Te na których zdobyła złoto pożyczyła od Amerykanki Mikaeli Shiffrin, która wcześniej wygrała alpejski slalom gigant.

Ester Ledecká przyznaje się, że na nartach jeździ od 20 lat. Jednak najbardziej znana jest ze snowboardu. Mimo, że ma typowy charakter do jazdy freestylowej to ona specjalizuje się w szybkiej jeździe na krawędziach tak zwanym freecarving. Styl ten jest stosowany podczas wyścigów snowboardzistów w których Ester Ledecká jest wielokrotną mistrzynią świata. Wyścigi te są rozgrywane w różnych kategoriach. Slalom gigant, slalom gigant równoległy, slalom, slalom równoległy. W każdej z tych kategorii od pięciu lat Ester Ledecká zdobywała medale, głównie złote. W snowboardzie debiutowała na zawodach w  2012 roku. Aktualnie jest mistrzynią świata (w Sierra Nevada) w slalomie gigancie równoległym i wicemistrzynią w slalomie zwykłym. W narciarstwie zadebiutowała w pucharze świata dopiero w sezonie 2015/16 zajmując 24 miejsce w zjeździe na zawodach w Ga-Pa. W tym sezonie na mistrzostwach świata w Lake Louise zajęła siódme miejsce w slalomie.

Ester pochodzi z rodziny sportowców. To tłumaczy jej dążenie do sukcesu. Dziadek to znany hokeista napastnik Jan Klepacz, mistrz świata z 1972 roku, Mama Zuzanna jest byłą łyżwiarką figurową, a obecnie pomaga w trenowaniu i przygotowywaniu córki do zawodów.. Ojciec ta słynny kompozytor i piosenkarz, gwiazda muzyki rockowej.  Jego rockową operę Hamlet obejrzało w sumie 1 300 000 widzów na całym świecie. Była też wystawiana (od dziesięciu lat) w Korei Południowej w Seulu. Ma trzech braci. Brat Jonah porzucił sport i poświęcił się muzyce i projektowaniu strojów dla sportowców. Jest również znanym twórcą komiksów. Zajmuje się PR-em siostry. Brat Ondřej Bank to utytułowany czeski narciarz. Na olimpiadzie w Soczi zdobył dwa brązowe medale w slalomie i 5 miejsce w slalomie gigancie. Obecnie jest trenerem narciarskim Ester podobnie jak trzeci brat Tomáš.

Zdjęcie z oficjalnej strony Ester Ledeckiej - http://www.ester-ledecka.cz

Mówi się, że deska to pasja i styl życia. Wyróżniają ich nawet inne ubrania i muzyka. Dotyczy to zarówno tych co pływają na desce, tych co ślizgają się na śniegu i tych co mają do deski przykręcone kołka. Miłośnicy deski tworzą zamkniętą kulturę. Nie akceptują ludzi z zewnątrz. Ester to typowy przedstawiciel  tej grupy.  Znajomi mówią że ma buntowniczy charakter. "Taka była już od dziecka." A była wyjątkowym dzieckiem. Miała zaledwie dwa lata, kiedy stanęła na nartach, a pięć, gdy jeździła na snowboardzie. Jest do tego trochę niepokorna i szalona. Na co dzień gra w kapeli brata (na basie) i uprawia amatorsko kickboxing.

Między snowboardzistami i narciarzami istnieje konflikt. Głównie za sprawą freestylowców. Traktują stoki narciarskie jak parkur z przeszkodami. Popisują się pod wyciągami. Nic nie robią sobie z innych użytkowników stoku. We wszystkim widzą okazję do pokazania swoich zdolności. Wykorzystują do tego poręcze, schody, ogrodzenia. Skoki i wykonywane różnego rodzaju figury nie bardzo pasują ułożonym i dystyngowanym narciarzom. Dlatego wielu narciarzy nigdy nie założy deski, a snowboardziści unikają nart. To jednak się zmieniło za sprawą wynalezienia nart carvingowych, a potem całej serii nart do slopestyle umożliwiających wykonywania tego co robią snowboardziści. Najciekawsze są krótkie narty tak zwane shorties. To krótkie narty idealnie nadające się do zabaw w parkurze. To umożliwiło świetną integrację freestylowych narciarzy i snowboardzistów.

Oczywiście deska Ester nie przypomina deski jaką używają freestylowcy. Deska RC - RACE jest dużo twardsza i węższa. Umożliwia niemal ciągłą jazdę na krawędziach. Podwinięty przód i płaski, ścięty tył poprawia stabilność. Mniejsza szerokość zmniejsza promień skrętu i zwiększa szybkość zmiany krawędzi. Dlatego są inne do slalomu giganta i zwykłego slalomu. Podobnie jest w przypadku doboru odpowiednich nart. 

Ester cieszy się tym co robi. Nie napina się, widać, że sport jest jedną z jej pasji, a udział w zawodach sposobem sprawdzenia się. Jak to często powtarza Adam Małysz: sportowiec jedzie na zawody by wykonać dobre skoki. Ester była zaledwie o 0,01 sekundy szybsza od Austriaczki Anny Veith. Pojechała i wygrała, a kolejne jej zawody już niebawem.

PS.
Gdy Ester zapytano, czy w letnich igrzyskach w Tokio planuje start w windsurfingu, odparła: "czemu nie".


#freestyle #snowboard #snowbord #Ester Ledecka #zimowa olimpiada #narciarstwo #slalom #gigant #narciarstwo alpejskie


Ikonki społecznościowe na bloga - skąd brać darmowe grafiki wektorowe?




Media społecznościowe są ściśle sprzężone z blogiem czy stroną firmową. Raczej wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę i nikt z tym nie dyskutuje. Optymalnie jeśli ikony do portali społecznościowych są dopasowane wizualnie do naszej szaty graficznej. Oczywiście takie ikonki można w prosty sposób wykonać samodzielnie w programie graficznym - jak choćby Gimp czy Inkscape, ale nie na tym będziemy się dzisiaj skupiać (może przy okazji innego wpisu).

Darmowe grafiki wektorowe - skąd je brać? To kluczowe pytanie, gdy chcemy użyć czegoś gotowego. Miejsc które udostępniają gotowe ikonki jest sporo, jednak warto zwrócić uwagę na jakiej licencji dana grafika jest udostępniona i do czego w jej ramach zobowiązuje nas autor.

https://www.flaticon.com/free-icon/


Na flaticon.com znajduje się spory wybór wektorów. Nie tylko tych dedykowanych społeczniościówkom typu Twitter, Instagram czy Facebook, ale jest tam też cała masa innych ikonek o szerokim zastosowaniu. 

Drugim miejscem do którego mam szczególny sentyment jest iconfinder.com Strona jest czytelna, wyszukiwarka bardzo przystępna, od razu możemy zdefiniować czego dokładnie potrzebujemy: rodzaj ikonki, typ, a także jaką licencję preferujemy. Wybierając konkretną ikonkę np. z logo Twittera dostajemy podpowiedź z ikonkami innych portali - utrzymanych w tym samym stylu (o ile takie znajdują się w bazie, bo czasem autor nie przewidział serii ikon). 

Ikonę możemy ściągnąć w kilku formatach (PNG, ICNS) oraz w wybranym rozmiarze. W niektórych przypadkach ikonę można nawet edytować (przykład: https://www.iconfinder.com/icons/101826/facebook_pages_icon) Po kliknięciu na odpowiednia ikonkę przenosimy się do edytora i online nanosimy konieczne zmiany  -> https://www.iconfinder.com/editor/?id=101826&size=512&hash=ac7809e0eff8501d358a7942f566bbc5aab73898ae05b7426aa5ba2d Następnie klikamy Donwload icon (prawy góry róg strony). Nasze możliwości nie ograniczają się więc tylko do pobrania gotowego rozwiązania, możemy sobie wszak zaimplementować zmianę.

https://www.iconfinder.com


Edytor wygląda tak:
https://www.iconfinder.com/editor

Na tym agregatorze również wybór nie ogranicza się tylko do wektorów społecznościowych.Dzięki wyszukiwarce wewnętrznej możemy szybko przejrzeć ogromne ilości ikonek i wybrać coś odpowiedniego. Zachęcam do uważnego czytania licencji na jakich udostępniane są grafiki, podobnie jak w poprzednim przypadku warto zwrócić uwagę na to oczekiwania twórcy/twórców. 

Kolejnym portalem jest vecteezy.com Nie porywa swoją przejrzystością, wyszukiwarka też pozostawia wiele do życzenia jednakowoż znajdziemy tam edytor dostępny online i spory wybór grafik. Znajdziemy tam darmowe ikonki do pobrania (free donwload). Jak w każdym z poprzednich przypadków zachęcam do czytania licencji (tutaj w postaci: licence info przy każdym obrazku):

https://www.vecteezy.com
Darmowe ikonki do pobrania to dobre rozwiązanie dla kogoś kto nie chce lub nie potrafi ich stworzyć samodzielnie, a chciałaby by jego strona wyglądała profesjonalnie i spójnie. Same ikonki to oczywiście nie wszystko, można do nich dodać różne efekty jakie będą występować po najechaniu myszką, obrót o 180 stopni etc. Pytanie czy takie rzeczy są potrzebne czy to zbytnia ekstrawagancja pozostawiam otwarte, odpowiedzi będzie pewnie tyle ile jest użytkowników internetu.


#ikonki społecznościowe #darmowe grafiki wektorowe #favicony #darmowe ikony #ikonki społecznościowe na bloga #ikony społecznościowe na stronę #ikona facebook #ikona instagram #ikona twitter #ikona google+



Gdzie na grzyby?


Ze zbieraniem grzybów jest jak z łowieniem ryb. Nie wiadomo czy bardziej lubimy je zbierać czy jeść. Z pewnością pojawia się u nas coś na miarę odwiecznie nam towarzyszącego instynktu łowieckiego dotyczącego zdobywania pożywienia. Trochę na wyższym poziomie niż walka o karpia wigilijnego w gigantycznej kolejce w markecie.


Zbieranie grzybów w mojej rodzinie to tradycja kultywowana z pokolenia na pokolenie


Zbierania grzybów nauczyli mnie rodzice. Oni nauczyli się od dziadków. Można więc powiedzieć, że jest to u nas zajęcie rodzinne. Kiedyś było nawet źródłem dochodów. Wówczas to dziadkowie jeździli na grzyby na miesiąc bądź dłużej w Bory Tucholskie. Konkretnie w okolice Zalewu Koronowskiego do  jednego z ośrodków wczasowych położonych bezpośrednio nad Zalewem.

Takie położenie umożliwiało dostęp do kilku okolicznych lasów typowo grzybowych i przerób grzybów na miejscu. To bardzo ważne, bo zbiór grzybów to tylko połowa sukcesu. Ich przetworzenie jest niemniej ważne. Grzyby trzeba przecież obrać. Posortować - na te co się nadają do zrobienia w occie i na takie przeznaczone do gotowania oraz suszenia.

Aby cały proces się powiódł trzeba mieć odpowiednią kuchnię i suszarkę do grzybów. Nie przypominała ona dzisiejszych suszarek z marketu. Przypominała bardziej blaszane pudło do wędzenia ryb do którego dziadkowie wkładali popularną wówczas farelkę i przykrywali ręcznikiem. Grzyby nadziewali na grube druty stalowe które dodatkowo grzały grzyby od środka. Taka suszarka mogła "przerobić" kilka wiader grzybów jednej nocy. Po takim miesięcznym pobycie dziadkowie wracali do domu z kilkoma workami 110l grzybów suszonych. Wówczas naturalną koleją rzeczy było to iż je sprzedawali. W ten sposób uzupełniali sobie niezwaloryzowane renty i pozwalało im to spokojnie dożyć do kolejnego wyjazdu za rok.

Teraz ten las jaki zapamiętałem z pobytów z dziadkami ogromnie się zmienił. Nie żeby nie było tam grzybów, ale dawne szkółki leśne wyrosły a niektóre lasy wycięto, zwłaszcza w ostatnich miesiącach. Na szczęście ten rejon ominęła ubiegłoroczna trąba powietrzna. Za to był tam kataklizm w 2003 roku i pięć lat później. Z murowanych domków kempingowych nic nie zostało.


Dziadek mówił, że sezon grzybowy jest "dobry" gdy w pół godziny uzbiera się dwa 20l wiaderka grzybów. Tak zwanych podgrzybków. Gdzieniegdzie nazywają je czerwonymi łepkami. Kilka razy jeździliśmy w te lasy i nigdy nie widziałem już takiej ilości grzybów. No może raz na jednej z wysepek, gdzie można było dopłynąć jedynie kajakiem. Na tej bezludnej wyspie zebraliśmy cztery wiadra borowików. Jakaż była duma z powrotu do przystani. Zazwyczaj ludzie płyną w tamto miejsce na ryby bo w pobliskim jeziorku połączonym wąską rzeczką można ponoć złapać sielawę.


Vademecum grzybiarza


Grzyby najlepiej zbiera się we wrześniu i październiku. Teraz lata są suche więc wcześniej można je jedynie znaleźć w terenach podmokłych i nad zbiornikami wodnymi. Bory Tucholskie w okolicach Zalewu Koronowskiego to tereny zalewowe. Zaporę wybudowano w 1960 roku. Gdy się poziom wody podniósł w okolicy powstało wiele oczek wodnych nad którymi są tereny bagniste. Tam grzyby rosną nawet w suche lato. Wystarczy wycieczka wokół takiego jeziorka i mamy wiaderko czy dwa koźlarków, rzadziej krawców.

Kożlarze. Kożlarze to grzyby, które lubią brzozy. Są twarde i rzadko kiedy robaczywe. Kiedyś można było je zbierać w młodych przecinkach wśród wysokich traw. Brzózek już dawno nie było, ale grzyby jeszcze tam rosły przy młodych świerkach i jodłach przez które trudno się przecisnąć. Takie szkółki leśne są wymarzonym miejsce dla maślaków i kani.

Maślaki. Niestety zbierając maślaki trzeba się trochę poczołgać i nakłuć. Warto jednak znieść te niewygody gdy maślaki nie są robaczywe. Niestety, te grzyby łatwo "łapią" robaki i do tego strasznie brudzą ręce. Dziadek nie lubił ich zbierać. Robił to jednak (niechętnie) gdy pojawiało się od babci zamówienie na grzyby do marnowania. Maślaki świetnie się do tego celu nadają. Obierał je ze śliskiej i klejącej osłonki kapelusza (jeszcze w w lesie) by nie brudzić pozostałych grzybów w wiadrze. Maślaki to grzyby stadne. Jak znajdziesz jednego to wiadomo że wkoło będzie ich więcej. Koźlarki i krawce też tak rosną ale maślak to pewniak. Podobnie jak kurki.

Kurki. Bardzo lubię zbierać kurki. Co roku pierwszy zbiór kurek idzie na pyszną pizzę. Kurki łatwo pomylić z grzybami niejadalnymi. Mają jednak swoisty zapach - tak samo zresztą jak kanie. Kurki i kanie to jedyne grzyby blaszkowe jakie zbieram. No jeszcze późną jesienią zbieramy czasem opieńki, ale tylko jak nie ma innych grzybów.


Borowiki. Nie wartościuję grzybów. Jednak z pewnością borowiki są wyjątkowe. Często można je spotkać pod dębami. Czasem idąc ścieżką widzimy jak w oddali rośnie dąb. Na 50% będzie tam borowik zwany też prawdziwkiem. Są też tak zwane siniaczki. Tak nazywają się prawdziwki piaskowe. Rosną one na piaszczystym podłożu. Najczęściej w przeoranych przecinkach ściółki. W wielu lasach dobrzy gospodarcze lasu robią takie przecinki by uniemożliwić przenoszenie się ognia w przypadku pożaru ściółki. W tych przecinkach można znaleźć takie grzyby. Kaszubi na te grzyby mówią hubale. Mają jasnopomarańczowe łepki a pod spodem są ciemne. Jak się przetnie szybko sinieją. Dużo ilości tych grzybów zebrałem kiedyś nad samym morzem - na Wyspie Sobieszewkiej. Można je marnować lub suszyć. Pasują do rosołu tak jak borowiki. Muszą być też dobre do marnowania tak samo jak kurki i maślaki.

W piaskach lubią rosnąć jeszcze inne grzyby nadające się do marnowania - gąski zielone. Ciężko pomylić tego grzyba, bo blaszki pod spodem mają ten sam kolor co łepki. Te grzyby rosną niedaleko Końskich i w lasach pod Piotrkowem. Trzeba jednak umieć je zbierać. Nie zawsze są widoczne spod piasku. Jak zobaczycie w takim miejscu dziwnie wyglądający wzgórek, to może to być znak, że właśnie tam schowały się w piasku.

Oczywiście najwięcej, na masową skalę zbiera się podgrzybków, zajączków lub sitarki (sitaki). Podgrzybki różnią się od zajączków tym że mają gładkie, świecące kapelusze. Zajączki mają łepki matowe. Mogą być zielone lub ciemnobrązowe. Sitarki mają większe dziurki w gąbce pod kapeluszem. Pewnie przez to łatwo są atakowane przez robaki. Ten grzyb prawie na pewno jest robaczywy,. Chyba że jest młody. Sprawdzając go nie wystarczy przeciąć nóżkę. Lepiej od razu naciąć kapelusz. W innym przypadku do domu przyniesiemy wiadro robaków, które chętnie migrują po wiaderku. W ten sposób zarażą inne zdrowe grzyby.


Podgrzybki nawet duże, stare "kapcie" są często zdrowe. To zależy od roku. Sprzymierzeńcem w zwalczaniu robaków na tym grzybie są chrząszcze - żuki. Gdy taki zamieszka w grzybie skutecznie ochroni go przed robakami.  Późną jesienią po pierwszych przymrozkach kiedy w lasach jest coraz mniej grzybów przestajemy grymasić i zbieramy co jest. Najczęściej zbieram wówczas kanie na Wigilię.

Kanie (zwane też sowami) jak już wspomniałem najlepiej poznać po zapachu. Jest z rodziny pieczarek więc pachnie swoiście. Niektórzy mylą je z najgroźniejszym grzybem trującym w lesie sromotnikiem - muchomorem zielonym. Pamiętaj jednak, że gdy masz wątpliwości co do gatunku grzyba to zawsze lepiej będzie zostawić tego grzyba w lesie.  Nigdy nie wsadzaj go do wiadra z myślą, że potem kogoś zapytasz. Grzyby się kruszą, a nawet mały kawałek muchomora może zabić lub spowodować nieodwracalne zmiany w wątrobie.

Kania - sowa jest przede wszystkim w brązowe kropki. Tym się różni kolorystycznie od muchomora sromotnikowego. Smażona smakuje jak kotlet schabowy, od kilku lat jest naszą potrawą Wigilijną. Suszymy ją i delikatnie wkładamy do plastikowego pojemnika. Przed Wigilią delikatnie wyjmujemy i tak jak kotlety sojowe moczymy w mleku lub bulionie. Następnie smażymy.

Grzyba można też "sprawdzić" gdy po przełamaniu dotkniemy go językiem. Jak szczypie to znaczy, że coś jest nie tak. Tak łatwo rozpoznać szatany (goryczaki). To jedyny grzyb z  gąbką pod spodem, który nie jest jadalny. Zawiera żywicę która wywołuje ostry rozstrój żołądka. Szatan wygląda jak prawdziwek, z tym że ma blado brązowy kapelusz, żółtawą nóżkę i jasnoróżową gąbkę pod kapeluszem. Czasem przypomina koźlarka, jednak koźlak różni się ciemno brązowymi kropkami na gąbce i nóżce.

Podobno moja prababcia zbierała w listopadzie grzyby listopadówki i olszówki. Nigdy jednak nie miałem odwagi iść w jej ślady. Dopiero niedawno przekonałem się do opieniek. Głównie ze względów kulinarnych. Przygotowane na masełku są bardzo smaczne.


Zbierając grzyby pamiętajmy, że chłoną one bardzo zanieczyszczenia. Po awarii w Czarnobylu zbieranie grzybów było przez kilka lat zakazane. Dlatego nie zbierajmy grzybów które rosną wzdłuż dróg o dużym ruchu samochodów. Będziemy mieć wówczas grzyby nasiąknięte ołowiem ze spalin samochodowych. Najmniej zanieczyszczone są grzyby są z głębi lasu. Z tą myślą warto poszukać własnych miejsc z dala od smogu i spalin.

Na grzyby jeździliśmy do wielu lasów. Praktycznie wszędzie są jakieś duże kompleksy leśne.
Jeszcze są, chociaż wiele wykarczowano.

Oczywiście największe ilości grzybów są w mało uczęszczanych puszczach. Nie znaczy to jednak, że za grzybami musimy robić setki kilometrów, o ile zbieramy grzyby na własne potrzeby. Mam też mieszane uczucia co do wycieczek na grzyby w większym gronie. Zwłaszcza, że najczęściej towarzyszy im popijawa. Lepiej wówczas iść ze znajomymi po prostu do knajpki, niż udawać wyjazdowe grzybobranie.

W ostatnich latach zbieram grzyby nie dalej niż 50 km od domu a mieszkam w dość dużym mieście. W lasach, gdzie jak mówią "nie ma grzybów" mam swoje miejsca i zagajniki, które nigdy mnie nie zawodzą. Poza tym ciężko szukać grzybów w lesie, którego się nie zna. Wówczas skupiamy się na tym by nie zabłądzić, a nie na szukaniu miejsc, gdzie rosną grzyby.

W internecie możemy znaleźć strony na których są zaznaczane miejsca występowania grzybów. Za bardzo im nie wierzę bo kto zdradzi swoje sprawdzone lasy? :-) Za granicą na grzyby raczej nie chodziłem. Jednak znajomi którzy mieszkają w Szwecji często tam zbierają grzyby. Przypominają one nasze hubale. Oczywiście grzybów nie wyrywamy z korzeniami. Ja najczęściej odcinam ogonek w miejscu gdzie rosną. To gwarantuje, że nowe po kilku dniach  wyrosną w tym samym miejscu.



Co do przetwarzania zebranych grzybów, to oprócz suszenia grzyby gotuję i zamrażam. Mam dość duży zamrażalnik więc mam sporo namrożonych grzybów, które wykorzystuję do sosów lub jako samodzielne dania. Część grzybów suszymy: borowiki, kanie i podgrzybki. Grzyby w occie nie cieszą się u nas dużym powodzeniem.

#gdzie na grzyby #borowiki #podgrzybki #grzyby #kanie #koźlaki #kurki #maślaki #Bory Tucholskie


Kamper. Zabudowy busów


Karawaning jest jedną z tańszych form spędzania wakacji. Głównie dlatego, że inwestując w sprzęt kempingowy będziemy z niego korzystać na kilku wyjazdach.  Poza tym, sprzęt ten może być dopasowany do zasobności naszego portfela, a i tak będzie spełniał swoje funkcje. Przykładowo kabina łazienkowa w kamperze może nas kosztować kilkanaście tysięcy złotych. Jednak te same warunki spełni namiot toaletowy z natryskiem i toaletą w sumie za kilkaset złotych. Planując tanie wakacje zorganizowane z własnym lokum musimy zastanowić się czego oczekujemy. Jadąc na kemping i ustawiając nasz kamper na polu kempingowym pozbawiamy się automatycznie środka lokomocji. Możemy oczywiście wziąć ze sobą rowery, czy motorower, ale nie będziemy mieć samochodu. Na takie wakacje lepiej wziąć namiot, czy przyczepę kempingową lub wypożyczyć coś na miejscu.  Wczasy pod namiotem może są mniej wygodne niż we własnym kamperze, ale jak się do tego odpowiednio przygotujemy nie musi być źle. Przede wszystkim musimy mieć część pobytu dziennego, gdzie będzie kuchnia i jadalnia (i ewentualnie toaleta, o ile nie ma jej na miejscu). W takich przypadkach świetnie nam służy stary namiot jednokomorowy z przedsionkiem, plus pawilon ogrodowy. Mamy do tego odpowiednio przygotowane regały, stolik kuchenny i normalne materace piankowe. To ułatwia nam spanie w drodze. Co ciekawe, na polu namiotowym zajmujemy tyle samo miejsca co przyczepa kempingowa, czy kamper, a opłaty są dużo niższe. Taka organizacja pobytu umożliwia korzystanie z samochodu na miejscu, o ile oczywiście nikt nas nie zastawi. Można też zostawiać samochód na parkingu poza strefą noclegową, ale ze względów praktycznych lepiej aby stał blisko. Na polach namiotowych możemy podłączyć się do prądu czy skorzystać z ogólnie dostępnej kuchni czy lodówki. O ile oczywiście nie ma dużo ludzi. 


Przyczepa kempingowa wymaga odpowiedniego samochodu. Nie każdym da się ciągnąć te większe przyczepy, a i tak nie jest to wygodne. Co innego, gdy takie przyczepy zostawiamy na zaprzyjaźnionym polu namiotowym. To jednak generuje koszty i zmusza nas byśmy ciągle jeździli w to samo miejsce. Duże większą mobilnością cechuje się kamper. Niestety kupno dobrego kampera czy przyczepy kempingowej to poważna inwestycja. Do tego mało opłacalna dla jednej rodziny, która będzie z niego korzystać przez miesiąc, czy dwa w ciągu roku. Mają klimatyzacje, łazienkę, kuchnię, instalację wodociągowo-kanalizacyjną, elektryczną, ogrzewanie, czasem nawet podręczny garaż na motor. Panele słoneczne i specjalny układ doładowania podczas jazdy akumulatorów zasilających część mieszkalną. Aż żal by takie cudo stało przez 10 miesięcy w ciągu roku. Poza tym starsze, niejeżdżone mogą sprawić nam nieprzyjemne przygody podczas wakacji. Kiedyś znajomi wypożyczyli śląski kamper o pięknej nazwie "Wehikuł czasu". Mieli nim jechać wzdłuż Adriatyku do Grecji. Niestety dojechali jedynie do warsztatu samochodowego na Węgrzech. Dużo ciekawszą (i tańszą) opcją jest wykorzystać do tego jakiegoś sprawdzonego busa. Jeżeli kupimy go zmyślą o karawaningu możemy dać go do specjalnej firmy, która przerobi go na typowy karawan. O ile się orientowałem przerabiają oni samochody wielkości renault master, dukato czy volkswagen lt 35. Taka zabudowa w zależności od wyposażenia to wydatek ok. 60 tyś złotych.


Jednak taki samochód w dalszym ciągu będzie nam służył jedynie w czasie wyjazdów wakacyjnych. Mając własnego busa z którego korzystamy w firmie na co dzień możemy zrobić kilka patentów umożliwiających nam łatwe przebudowanie go na karawan dla dwóch, trzech osób. Możemy wówczas ad hoc jechać gdzieś na łono przyrody gdy tylko będziemy mieć kilka dni wolnego. Nawet nie trzeba mieć samochodu dostawczego by to zrobić. Są dostępne rozkładane sypialnie, które montujemy na dach samochodów osobowych. Volkswageny mają specjalne łóżka podwieszane pod sufitem, które po otworzeniu dachu tworzą całkiem sprytną sypialnię.  Ja zazwyczaj miałem busy podwyższane więc nie było w nich problemu montowania łóżek nawet piętrowych. Oczywiście za każdym razem muszę demontować przegrodę oddzielającą część ładunkową od kabiny kierowcy. Przydatne jest też zainwestowanie w fotele obrotowe. Uważajcie przy tym by nie uszkodzić przewodów od napinacza pasów. Preferuję dwa rozwiązania - z pawlaczem lub z łóżkiem piętrowym.

To wciągające hobby, gdy planujemy wyjazd na wakacje przez cały rok. Przypomina nam się co przydałoby się dokupić po ostatnim pobycie na polu kempingowym. Wymyślamy nowe konstrukcje tych urządzeń, które to chcielibyśmy poprawić. Tak wymyśliłem sobie by oświetlenie było jedynie ledowe w środku busa i na zewnątrz wzdłuż drzwi przesuwnych. Przydało się również kupno najazdu poziomującego samochód. W środku, przy łóżkach, montujemy wiatraki na upalne noce. Głównie te spędzone w ciepłych krajach. Chociaż ostatnio udaje nam się zazwyczaj zdobyć miejscówkę przy samym morzu. To najlepsza naturalna klimatyzacja. Łagodna, morska bryza to idealna alternatywa. Wiatraki włączaliśmy tylko dwa razy w ciągu miesiąca. Ważna jest też moskitiera i lampa przeciw komarom. To przydaje się zarówno nad ciepłym morzem jak i u nas. Do tego najlepszym sprawdzonym odstraszaczem są kadzidełka. Zarówno te dedykowane komarom jak i inne - zapachowe.


Oczywiście w busie jedynie śpimy. Całość pobytu przy kamperze spędzamy pod pawilonem. To daje nam możliwość łączenia się z naturą. Kiedyś do tego służyły nam typowe pawilony ogrodowe. Jednak w ubiegłym roku zainwestowaliśmy w pawilon własnej konstrukcji. Zbudowaliśmy konstrukcję z rur aluminiowych prostokątnych, które na czas jazdy składają się na dachu. Pawilon ogrodowy ma szereg wad. Przede wszystkim przestrzeń między busem a samochodem jest nieuszczelniona. Przy wietrze pawilon uderza o samochód, a konstrukcja nie jest stabilna. Sprawę może rozwiązać markiza z bokami, jednak nasz pomysł wyszedł dużo taniej, a mamy za to dużo większe pomieszczenie (wielkości 5,5 m x 5,5 m x 2,7 m wysokości). Dzięki temu swobodnie mieści się w nim stolik pod telewizor, stolik pod komputer, stół na 6 osób,  stół kuchenny, lodówka, toaleta i namiot z natryskiem. Konstrukcja jest na tyle stabilna, że raz ustawiona antena satelitarna nie drgnęła przez miesiąc. Oczywiście trzeba odpowiednio zabezpieczyć słupki przybijając je długimi na 25 cm gwoździami do podłoża i naciągając taśmami ściągającymi do odpowiedniej jakości śledzi wojskowych 30 cm, najlepiej od namiotów wojskowych. W internecie (allegro) są takie za grosze z demobilu. Na kamienistej plaży to jedyny sprawdzony sprzęt. Przeciwwagą dla konstrukcji aluminiowej są drewniane belki na dachu, dodatkowo ściągnięte taśmą spinającą do felg.  Jeżeli chodzi o materiał, który pokrywa ten pawilon to mam dwie propozycje. Na miejsca, gdzie mniej wieje, a bardziej pada stosuję białą plandekę (taka jak przy naczepach tirów). Przy wyjazdach nad ciepłe morze stosuję gęstą siatkę maskującą (taką jaka jest zakładana na ogrodzenia). Nie przepuszcza słońca lecz jest przewiewna. Dzięki temu pawilon nie nagrzewa się i dochodzi do niego morska bryza.


Ta siatka jest powszechnie stosowana przez użytkowników pól kempingowych nad Adriatykiem. Tak samo używają je właściciele przyczep na wynajem. Tak zorganizowany pawilon daje nam pełen komfort pobytu nad morzem. Praktycznie jesteśmy cały czas na plaży i tylko chodzimy na spacery, zagrać w piłkę, czy popływać. Na podłogę dawaliśmy do tej pory sztuczną trawę. Jednak jest to zły pomysł. Suchorosty, zwłaszcza te z igłami ciężko usunąć z tej podłogi. Dlatego przy drugim wyjeździe podłogę wyłożyliśmy gładką plandekę (którą braliśmy na dach przy wyjazdach w Polsce). Oczywiście w przypadku Bory, czyli bardzo silnego, adriatyckiego wiatru lepiej byłoby zdjąć plandekę. Jednak do tej pory nie było takiej potrzeby. Jeżeli chodzi o ciepłą wodę do prysznica czy zmywania naczyń to wystarczy pomalowana na czarno bańka umieszczona na dachu, by spływała pod ciśnieniem. Taka 30 litrowa bańka nawet wieczorem długo utrzymuje ciepło. Lodówkę najczęściej można wypożyczyć na miejscu, więc nie kupowaliśmy jej do tej pory. Zresztą mało z niej korzystamy.

Na okna dociąłem zasłony z białej plandeki. Dzięki nim w samochodzie jest chłodniej. Niektórzy zakładają jeszcze pokrowce na koła by nie nagrzewały się opony. Jednak nie bardzo wiem po co.
Montaż i ustawienie anteny satelitarnej nie jest trudne. Musimy jednak sprawdzić w internecie jakie są parametry ustawienia dla danego miejsca i mieć specjalne urządzenie ułatwiające instalację.


Na polach namiotowych jest wyjątkowa solidarność. Każdy każdemu pomaga bezinteresownie, gdy coś trzeba zrobić wspólnie - działamy wspólnie. To samo dotyczy ochrony przed niepożądanymi osobami. O kradzieży na polu namiotowym słyszałem jedynie kiedyś od ochroniarza w Podlesoku w Słoweńskim Raju. Jednak odkąd założyli tam monitoring nic złego się nie dzieje.

#kamper #zabudowa busa #tanie wakacje #wakacje pod namiotem #pola namiotowe #kemping


Ciekawe miejsca w Polsce. Beskidy


Planując wakacje, czy wypad za miasto zastanawiamy się gdzie jechać. Góry, morze, jezioro? O ile nad wodą wolimy raczej ciepłe dni to w górach jest zawsze doskonała pogoda. Poza tym góry są na każdą kieszeń. Możemy sobie wybrać sanatorium z basenem w Złockiem, ale również nieco tańszy apartament w Wiśle, pokój w Sromowcach, czy przespać się w schronisku na Przehybie.  Można też wziąć karimatę i poszukać noclegu na łonie przyrody "na dziko" lub przy schronisku. Są też bazy namiotowe jak chociażby moja ulubiona baza namiotowa SKPB "Pod Wysoką" w Jaworkach, gdzie można spać w wojskowych namiotach 12-sto osobowych. To świetne miejsce. Pod samą Wysoką nocowało się kiedyś w owczarni, która niestety spłonęła. Spało się na sianie we własnych śpiworach, a wokół były setki owiec wraz z gazdami i psami pasterskimi. Możliwość obcowania z przyrodą i ludźmi, którzy żyją tam na co dzień od pokoleń. Mają własną gwarę i zwyczaje. Pamiętam, jak w Gorcach juhasi porozumiewali się między sobą jodłując, lub grając na trombicie. Tak samo jak w Koniakowie podczas występów dla turystów. Do tego piękna stylowa architektura. Największe wrażenie zrobiły na mnie domy w Lipnicy Wielkiej pod Babią Górą. Długie budynki, gdzie pod jednym dachem jest część mieszkalna, obora i stodoła. Chyba właśnie dlatego wolę Beskidy od Sudetów. Bo tam czuć duszę gór.

Moja wyprawa w Beskidy


↪ Wycieczki w góry najczęściej zaczynałem na stacji kolejowej w Wilkowice-Bystra. Łatwo tam dojechać bo pociągi bezpośrednie do Żywca ciągle jeżdżą z wielu zakątków Polski. Jak miałem dobry czas to na chwilkę zaglądałem do Muzeum Juliana Fałata. Potem chodnikiem przez wieś do kolejki na Szyndzielnię  (1026 m n.p.m.) i do góry gondolą. Z doświadczenia wiem, że chociaż to nie jest ciężka droga, to jako pierwsza górka "do zdobycia" po zimowym letargu  kosztuje najwięcej potów. Dlatego wolę na nią wjechać. Na Szyndzielni jest schronisko, ale wolę uciec od ludzi na pobliski Klimczok.Tu można poczytać skąd wzięła się nazwa Klimczok. Otóż w XVII wieku góra ta była kryjówką zbójników, którym przewodzili bracia Klimczakowie. Wojciech, Mateusz i Jan. Wspomagali oni ubogich rabując okolicznych bogaczy niczym Janosik z Terachovej. Podobnie jak Janosikowiwokół nich  też narosła legenda. Z tym, że w tym przypadku zasługi trzech braci połączono w jednego legendarnego Klimczoka.

↪ Z Klimczoka schodzimy na dół do Szczyrku. By ponownie wspinać się na najwyższą górę Beskidu Śląskiego - Skrzyczne (1257 m n.p.m.). Górę te widzieliśmy już po wyjściu z pociągu. Ma na szczycie charakterystyczną wierzę RTON. Do podejścia w górę mamy blisko 600 m więc leniuszki mogą ponownie skorzystać z kolejki, tym razem krzesełkowej. Na szczycie mamy schronisko, zazwyczaj bardzo zatłoczone, hałaśliwe, z dużym tarasem z którego można oglądać miasto Żywiec, Jezioro Żywieckie i góry Beskidu Żywieckiego. Przy dobrej pogodzie w oddali za miastem widać Beskid Mały i oddalony Beskid Makowski. 


↪ Teraz kierujemy się wzdłuż grzbietu góry w stronę Baraniej Góry. Kiedyś grzbiet góry był gęsto zalesiony. Teraz to całkiem odsłonięte tereny w kikutami korzeni pamiętających czasy, gdy był tu świerkowy bór. Las ten "został zabity" w dwóch etapach. Najpierw w 2004 roku przeszła tamtędy trąba powietrzna, pustosząc hektary lasu. Historię dopełnił kornik i od 2008 roku można powiedzieć, że las przestał istnieć. Z uwagi na odsłonięty teren latem trzeba pamiętać o napojach, a w chłodne dni zabezpieczyć się przed wiatrem. Po drodze mijamy Malinowską Skałę, z przeuroczą jamką idealną na zjedzenie posiłku. Skręcając w kierunku Przełęczy Salmopol dojdziemy do kilku jaskiń. Najbardziej znaną jest Jaskinia Malinowska. To 10 metrowa szczelina o wejściu 2,5 metra na 60 cm zabezpieczona metalowymi drabinkami. Wewnątrz sporych rozmiarów sala 9,5 metra na 13,5. Zejście do jaskini dość trudne. Wymaga latarki i odpowiedniego sprzętu wspinaczkowego. Jest to miejsce raczej dla zaawansowanych turystów. Na pierwszą półkę skalną prowadzi metalowa drabinka oparta o skałę (nie przymocowana). Dalej zejście bez sprzętu alpinistycznego jest praktycznie niemożliwe.

↪ Amatorom jaskiń polecam niedawno odkrytą i już udostępnioną Jaskinię Żółtodzioba na terenie Bielsko Białej. Wracając na szlak grzbietowy omijamy Zielony Kopiec i Magurkę Wiślaną.  Schodząc w kierunku Węgierskiej Górki można byłoby zobaczyć skałki na  Magurce Radziechowskiej. Mijając Baranią Halę wchodzimy w obszar rezerwatu okalającego obszar źródliskowy na zachodnim zboczu Baraniej Góry (1220 m n.p.m.). Na szczycie mamy wybudowaną wierzę widokową. Źródła pod Barania Góra dają początek Białej i Czarnej Wiśle. Obie Wisełki łączą się w Jeziorze Czerniańskim w jedną Wisłę, naszą najważniejszą rzekę. Jest to jezioro sztuczne wybudowane w 1973 roku. Od nazwy rzeki bierze też nazwę miasto Wisła.  

Wisła to duże i rozciągnięte miasto. Będąc w okolicy koniecznie trzeba tam zajrzeć. Przede wszystkim to miasto dla sportowców. To tu urodził się i stawiał swoje pierwsze kroki Adam Małysz. Na zmodernizowanej skoczni narciarskiej w Wiśle Malince odbywają się cyklicznie zawody na które przyjeżdżają najlepsi skoczkowie z całego świata. Podobnie jak w Szczyrku, w Wiśle jest kilka ośrodków narciarskich. Wisła to również centrum, gdzie trenują kolarze. W okolicy sporo jest tras kolarskich. Zarówno dla kolarzy szosowych jak i górskich. Na Stożku jest nawet specjalna rynna do zjazdu na rowerach. Często są organizowane zawody kolarskie zwłaszcza na Kubalonce. Są też tam trasy biegowe i narciarstwa biegowego. W Wiśle jest również bogato wyposażone centrum przygotowań paraolimpijskich. Czynny wypoczynek umożliwiają baseny oraz hale sportowe. 

Wisła to również miejsce, gdzie mają swoją rezydencję urzędujący prezydenci Polski. Zameczek został wzniesiony na przełomie 1929 i 1930 roku dla prezydenta Ignacego Mościckiego. To kompleks trzech budynków i drewnianego kościółka w którym odbywają się msze w obrządku katolickim i nabożeństwa kościoła ewangelicki-augsburskiego. W rejonie Wisły jest dużo więcej ewangelików niż katolików. W pobliskim Dzięgielowe jest Centrum Misji i Ewangelizacji Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP. Odbywają się tam cykliczne spotkania młodzieży i zjazdy ewangelików. Są też domy dla emerytowanych księży i ich rodzin.
↪ Zwiedzanie centrum Wisły można połączyć ze szlakiem granicznym Beskidu Śląskiego. W tym celu najlepiej dojechać do Ustronia do kolejki linowej (krzesełka) na Wielką Czantorię (978 m n.p.m.). Potem dość długą, ale ciekawą trasą dojść przez Przełęcz Be3skidek, Soszów Mały i Wielki do Stożka Wielkiego (978 m n.p.m.). Ze stożka obok skał Kiczory schodzimy do Kubalonki i Wisły.
↪ Celem kolejnego dnia wędrówki będzie malownicza wieś Koniaków położona na grzbiecie góry z jej najwyższym wzniesieniem Ochodzita (894 m n.p.m.) i sąsiadujący z nim Koczym Zamkiem. Droga przez wieś i sam dojazd to nie lada wyzwanie zimą. Niezalesiony grzbiet góry jest łatwym celem zamieci śnieżnych. Koniaków wraz z Istebną i Jaworzynką tworzy tak zwaną trójwieś. Razem z okolicznymi osadami jest to dość gęsto zaludniony obszar. Mieszka tam ponad 20 tyś. ludności. Mieszkańcy bardzo dbają o zachowanie folkloru. W ośrodku kultury działa prężny zespół muzyczny. Przed laty najbardziej rozpoznawalną postacią tego rejonu był Józef Broda, nauczyciel folkloru i muzyk. Teraz schedę po ojcu przejął muzyk ludowy Joszko Broda. W okolicy jest duża ilość wyciągów narciarskich (Ochodzita, Złoty Groń). Latem odbywają się tam zawody kolarskie tak zwana Pętla Beskidzka.

↪ Koczy Zamek jest ostatnim wzniesieniem grzbietu. Za nim jest obniżenie oddzielające Beskid Śląski od Beskidu  Żywieckiego. Tak zwana Brama Koniakowska. Z Koniakowa kierujemy się na południe w kierunku Zwardonia. Kiedyś schodząc do Zwardonia można było z góry podziwiać jak wzdłuż potoku przemieszczał się pociąg ciągnięty przez parowóz. Teraz ten widok zakłóca droga szybkiego ruchu łącząca autostradę w Żylinie z drogą szybkiego ruchu w Żywcu. Niestety jest niemal w całości ukończona jedynie po stronie Słowackiej. W Polsce mamy do czynienia z "drogą szybkiego ruchu" dwukierunkową, a w okolicy Milówki od lat nic się nie robi w tej kwestii. Po stronie słowackiej mamy piękną autostradę biegnącą tunelami i mostami. Wstyd, że w Milówce nie można zrobić prostej drogi na krótkim kilkukilometrowym odcinku.  


↪ Następnego dnia docieramy szlakiem granicznym do Wielkiej Raczy (1236 m n.p.m.). Kocham widok z tej góry. Niestety, ostatnio mam pecha i niemal nic z niej nie widać. To na Wielkiej Raczy zakochałem się w  Małej Fatrze. To pasmo górskie południowe. Z daleka wygląda jak pęknięta góra. Dopiero na miejscu okazuje się, że to są dwie różne góry odwrócone do siebie skalistymi przepaściami. Wielki Rozsutec i Mały Rozsutec. Schronisko na Wielkiej Raczy miało kiedyś na samym szczycie boisko do siatkówki, podobne do tego co jest obecnie na Rysiance. Z tą różnicą, że było to boisko na samej granicy. Piłkę wyautowaną trzeba było gonić na Słowacji lub w Polsce. A są tam spore spadki i piłka szybko "ucieka".


↪ Dalej podążamy szlakiem granicznym, ale tym razem kierujemy się na wschód. Na wysokości Rezerwatu Śrubita usłyszałem niedawno huk pił mechanicznych. Nic dziwnego, dobra zmiana walczy widać z rezerwatami przyrody. Robiły tyle hałasu że spłoszyły nawet niedźwiadka, który zaufał znakom informującym o rezerwacie. Co ciekawe - sądząc po używanym przez pracowników języku, drwale byli zza wschodniej granicy. Przy Przełęczy Przegibek nie omieszkałem zajrzeć do schroniska. Tym bardziej, że była burza i planowałem dalej iść niebieskim szlakiem, który dawno temu nazwałem złośliwym jak teściowa. Szlak ten ma zrywy, wije się pod górę, po czym łagodnie opada i ponownie stromo wznosi w górę. Można się nieźle nasapać. Natomiast na Przegibku dawno, dawno temu jadłem najwspanialszą ogórkową z ryżem. Teraz dostałem grzybową. Była ok. Po męczarni teściowej docieramy do Bacówki na Rycerzowej (1226 m n.p.m.). Pamiętam jak otwierali tę bacówkę. Gdy pachniała żywicą, i miała takie śmieszne, niebieskie lampki. Dziś to bardzo klimatyczne miejsce gdzie można wybrać się na koncert kogoś z Krainy Łagodności. Prowadzą też tam cykliczny wrześniowy festiwal Gitarą i Grulem . Często występuje tam Cisza jak ta. Lata siedemdziesiąte czyli lata komuny były czasami gdy budowano zbiorniki wodne (Wisła Czarne) czy bacówki turystyczne (Rycerzowa, Krawców Wierch, Wierchomla, Maciejowa). Dziś tylko niszczą nieremontowane -  jak to schronisko w Wiśle nad Zaporą, na Przysłopie, czy jak Sanatorium w Żegiestowie. Oczywiście na imprezę z Gitarą i Grulem musimy zabrać ze sobą namiot bo schronisko ma jedynie 25 miejsc noclegowych.

↪ Podążając w stronę Pilska odwiedzamy kolejną bacówkę na Krawców Wierchu (1038 m n.p.m.). 
Ponieważ droga nam się dłużyła po muzykowaniu na Rycerzowej pytaliśmy idących z przeciwka o atrakcjach w tej bacówce. Przewijała się jedna, ciągle ta sama kwestia. Pyszne pyzate racuszki od pyzatej dziewuszki. Brzmiało to tak jakby się wszystkie osoby mijane na szlaku umówili. Dosłownie każdy kolejny napotkany wędrowiec to mówił. Po opuszczeniu bacówki trafiliśmy na spore pokłady błota na szlaku. Niby jest to grzbiet góry, a błoto po kolana. Trzeba było się osuszyć i odpocząć przed Pilskiem więc skręciliśmy na Rysiankę (1322 m n.p.m.). Lubię to schronisko zwłaszcza w zimie. Często go odwiedzam gdy załatwimy sobie nocleg w szkole w Złatnej. Na Rysiance i sąsiadującej Lipowskiej (1324 m n.p.m.) są fajne ośle łączki z wyciągami, gdzie bez tłoku można się pobawić na snowboardzie lub nartach. Kiedyś przy schronisku były dwa psy rasy chow chow które były wspaniałą atrakcją dla dzieci. Nawet można było spotkać pocztówki z tymi psami siedzącymi przed schroniskiem. Widać, że właściciele lubią psy, bo i teraz jest tam całkiem spora gromadka chętnie towarzysząca turystom. Niemal na samo Pilsko poszedł z nami biały, miejscowy kundelek.


Pilsko (1557 m n.p.m.) i Babia Góra (1725 m n.p.m.) to najwyższe góry Beskidu Żywieckiego. Łatwe do zdobycia latem przy dobrej pogodzie. Jednak przy gorszej widoczności, a zwłaszcza zimą są niezwykle niebezpieczne. Przede wszystkim dlatego że mają bardzo rozłożyste wierzchołki. Nawet latem można pogubić się na szczycie zwłaszcza, gdy jest mgła lub niski poziom chmur. Już niejedna grupa niedzielnych turystów pogubiła się całkowicie schodząc na Słowację zamiast do Polski. Dlatego radzę bardzo uważać i nie sprawdzać granic swojej pewności siebie. 

Szczyt Pilska leży po stronie Słowackiej. Dlatego często mówi się że leży on nie w Beskidzie Żywieckim, ale w Beskidzie Orawskim. Przez Pilsko przebiega Wielki Europejski Dział Wodny co oznacza, że woda ze strumieni z tej góry wpada do Morza Bałtyckiego lub Czarnego. Wierzchołek pokryty jest labiryntem wysokiej kosówki. To utrudnia orientację bez kompasu. W 1980 roku podczas grudniowego treningu na Pilsku zgubiła się grupa źle ubranych (niedopasowanych do warunków pogodowych) 16 sportowców. Błąkali się po szczycie do zmroku, a w nocy temperatura spadła do 12 stopni poniżej zera. Trzy osoby zmarły z wychłodzenia, pozostałe miały silne odmrożenia. To jednak nie uczy respektu. Co roku góra zbiera śmiertelne żniwo. Podobnie było ostatnio w lutym 2017 roku (gdy osoby zmarły z powodu wyziębienia).

↪ Z Pilska czeka nas spore zejście. Idąc szlakiem granicznym zejdziemy 750 metrów w dół (Przełęcz Glinne) by potem powoli piąć się w pasmo Babiej Góry. Przy złej pogodzie można ominąć wierzchołek idąc czerwonym szlakiem przy schronisku na Hali Miziowej. Zimą jest tam sporo narciarzy, bo to bardzo popularne miejsce dla narciarzy. Do Hali Miziowej z Korbielowa prowadzi wiele wyciągów i tras zjazdowych. Od Pilska do Babiej Góry nie ma za bardzo miejsc noclegowych, poza bazą namiotową Katowickiego SKPB na wysokości Głuchaczek i na Jaworzynie. Jest też Schronisko we wsi Głuchaczki, nieco oddalone od szlaku. W drodze na Babią Górę możemy zaoszczędzić trochę drogi skrótem przez Słowację (żółty szlak). Nawet w PRL-u pozwalano tamtędy chodzić turystom. Przy dobrej pogodzie i w miarę dobrej kondycji oraz odpowiednim stroju (buty trekingowe!) możemy wybrać się najpierw do schroniska na Markowych Szczawinach by następnie wejść na szczyt Babiej Góry jednokierunkową Percią Akademika.  To całkiem nowe schronisko. Poprzednie po prostu zgniło po 100 latach użytkowania. Nie nadawało się już do remontu więc je rozebrano i postawiono nowe w 2010 roku. W nowym schronisku są nawet pokoje z łazienkami, co absolutnie w niczym nie przypomina dawnego, ciemnego, zagrzybionego schroniska. 

Perć Akademika to taki przedsmak Tatr. Z uwagi na niebezpieczeństwo lawin szlak jest okresowo zamykany. Perć Akademika to z pewnością jeden z trudniejszych szlaków w Beskidach. Może oprócz wejścia na Trzy Korony. Jednak w niczym nie przypomina przewieszek na Małym i Wielkim Rozsutcu. Jedyne co może dodawać niektórym adrenaliny to skalna półka z asekuracją łańcuchem i kilka klamer na skale po której wchodzimy by się nie poślizgnąć. Babia Góra przypomina mi miniaturę masywu Chopoka w Niskich Tatrach. Jest to najwyższy szczyt poza Tatrami. Mówiąc Babia Góra odnosimy się zazwyczaj do masywu, bo sam szczyt jest nazywany Diablak od niemieckiej nazwy Diabelski Szczyt. Głównie dlatego, że przypomina usypaną przez babę stertę kamieni. Jednak dla mieszkańców Orawy to święta, kapryśna góra. Ja nazwę wiążę z nieco innym szczegółem. W 1967 roku na szczycie Diabelskiej Góry wmurowano tablicę (stalową) dla upamiętnienia 55 rocznicy odwiedzin tego miejsca przez Włodzimierza Lenina. Lenin przykuty do skały stanowił natchnienie dla potrzebujących 🚾 wędrowników, którzy zapomnieli lub nie chcieli skorzystać z mało sympatycznego wychodka w dawnym schronisku na Markowych Szczawinach. Wychodek przy skałce z przykutym Leninem świetnie do tego pasował. Polska tablica chyba się nie zachowała, ale jest za to tablica która była po stronie słowackiej.


Zawsze po zaliczeniu Babiej Góry mam dylemat. Czy schodzić i podziwiać Orawy, czy iść dalej górami w stroną Turbacza. Kiedy pierwszy raz byłem na Orawach byłem zafascynowany architekturą. Te domy podłużne z częścią mieszkalną, oborą i stodołą w jednym ciągu. Praktycznie ludzie nie musieli wychodzić na dwór by oprzątać zwierzęta, dać im jeść. W wielu domach wzdłuż elewacji jest weranda. Umożliwia to łatwe przechodzenie między pomieszczeniami zimą co dodatkowo ogrzewało wnętrze. Taka weranda była w schronisku na Markowych Szczawinach, taka jest na w schronisku na Rysiance, czy na Wierchomli. Podobne rozwiązanie widziałem również w Stefanowej w Małej Fatrze. Tam taka weranda wzdłuż domu też występuje na wielu posesjach. 

↪ Wybieramy czerwony szlak i podążamy w kierunku Rabki. Po drodze mijamy Policę (1369 m n.p.m.) i schronisko na Hali Krupowej. W dalszym ciągu podążamy Wielkim Europejskim Działem Wodnym dzielącym wody na te co płyną do Bałtyku i do Morza Czarnego. 2 kwietnia 1969 r. na stokach Policy rozbił się samolot PLL LOT. W katastrofie zginęli wszyscy pasażerowie wraz z obsługą. Razem 53 osoby, w tym znany językoznawca Zenon Klemensiewicz. Zdarzenie to upamiętnia krzyż ze stosownym napisem. Na krzyżu umieszczono dodatkową tabliczkę wykonaną z resztek poszycia samolotu. Przy okazji umieszczono też tabliczkę  z informacją o oddziale partyzanckim działającym w tym rejonie (jakby miał jakiś udział w tej katastrofie...). Taki słup ogłoszeniowy. Przyczyną katastrofy był błąd nawigacji pilota i złe wyposażenie lotniska w Krakowie.
Na Policy znajduje się też Jaskinia Oblica. To najdłuższa i zarazem najgłębsza jaskinia w całym Beskidzie Żywieckim. Długości korytarzy 416 m, głębokość 21 m.




↪ Za Rabką Zdrój dojdziemy do trzeciej bacówki wybudowanej w latach osiemdziesiątych na polanie Przysłop pod Maciejowej. To świetne miejsce wypadowe do zimowych wycieczek na Turbacz (1310 m n.p.m.).  Tenis na śniegu, czyli w rakietach na Turbacz. To oferta organizowana przez przewodników z Krakowa. Rakiety śnieżne to w skrócie połączenie mini raków z wielką płetwą. Do tego kijki trekingowe i zima w górach nie jest śnieżna. Świetnie pokonuje się kopny śnieg jak i zlodowaciałe kałuże, których nie brak w drodze na Turbacz. Oczywiście na biegówkach będzie szybciej, no ale tylkow przypadkach gdy ktoś potrafi pokonywać wzniesienia. W końcu trochę trzeba iść pod górę. Poza sezonem zimowym trasa z Rabki na Turbacz jest najwyższym punktem polskich maratonów MTB.

O ile bacówka na Maciejowej ma klimat górski, to schronisko na Turbaczu bardziej przypomina hotel. Zwłaszcza zimą. Latem, znaczna część życia schroniskowego przenosi się na dwór, czy jak to mówią Krakusy "na pole". Najwspanialszy jest wypas owiec na halach w pobliżu schroniska. Jodłowanie juhasów, dobry widok na Tatry i Pieniny. Przy dobrej pogodzie możemy zobaczyć też Babią Górę i Małą Fatrę z jej wszystkimi szczytami. Najlepsze zdjęcia wychodzą gdy Tatry wyłaniają się spod pierzynki chmur. Patrząc w drugą stronę, gdy nie było lasu, można było zobaczyć przez lornetkę Kraków. Turbacz to najwyższy szczyt w Gorcach należący do Beskidów Zachodnich. W pobliżu schroniska znajduje się przekaźnik RTON i telefonii komórkowej. Z drugiej strony budynek muzeum- gdzie możemy poznać historię schroniska i ruchu oporu podczas II Wojny Światowej.



↪ Z Turbacza kontynuujemy naszą wyprawę po górach do szczytu Lubania (1211 m n.p.m.) i znajdującej się na nim bazy namiotowej.  Na Lubaniu mamy wieżę widokową i bliżej do Pienin i Jeziora Czorsztyńskiego. Widać nawet Beskid Sądecki i Przehybę. Zazwyczaj z Lubania przez Krościenko wędrowaliśmy dalej na Przehybę (Prehybę  1158 m n.p.m.) i dalej na Jaworzynę Krynicką. Tym razem zejdziemy na dół w Pieniny. Po drodze znajduję potwierdzenie, że pies w górach powinien mieć założony kaganiec. No chyba, że nie jada jaszczurek tak jak nasza sunia. Ona na szczęście boi się wszystkiego i patrzy się na nas przy każdym nieznanym jej zwierzęciu, a nawet krzaczku. Potrafi zjeżyć się na widok dziwnie wyglądającego korzenia, a co dopiero kolorowej salamandry. Pewnie dlatego wejście w Pieniny z psem jest zabronione. Dlatego fundujemy sobie apartament w Sromowcach Wyżnych, aby zostawiać sunię gdy będziemy wybierać się w góry.

Wczasy w Sromowcach Wyżnych to strzał w dziesiątkę. Można spędzić tam dwa tygodnie i każdego dnia robić coś innego. Zacznijmy od Zalewu Czorsztyńskiego i zamku. Przyznam, się że ciężko jest oglądać coś co zostało tak bardzo zmienione. Pamiętam jak wyglądała budowa i jak wyglądał dawny Czorsztyn. Żal mi tamtego widoku. Nawet brałem udział w protestach przeciw budowaniu tamy. Zwłaszcza że to jedyny obszar w Polsce gdzie mogą być trzęsienia ziemi. No ale skoro było to potrzebne...


Zapora w Niedzicy powstała w 1997 roku. Budowano ją niemal 30 lat. Odkryto przy tym sporo jaskiń, które trzeba było zacementować. Jezioro ma 9 km długości i około 1,5 km szerokości. Dunajec jest bardzo kapryśną rzeką. Odprowadza wody z Tatr, Podhala i Gorców. W tym rejonie często notowano powodzie. Tama uchroniła mieszkańców już przed kilkoma. Na wycieczkę po zalewie może zabrać nas ośmioosobowa gondola. Rejs wyrusza z przystani przy zamku Czorsztyńskim i trwa niecałą godzinę. W tym samym dniu możemy zwiedzić ruiny zamku w Czorsztynie i zamek w Niedzicy. Zamek ten znamy z filmu Janosik. Niedzica była też świadkiem pierwszych rozmów między Jarosławem Kaczyńskim, a Wiktorem Orbanem. Jeszcze nie wybudowano tam muzeum poświęconego "pertraktacjom na szczycie". Z rozmów pamiętam jedynie jak Orban podkreślał że Niedzica to zawsze było miasto węgierskie podobnie jak połowa Spiszu i Podhala. Wyjeżdżając z Niedzicy w stronę Białki Tatrzańskiej możemy natknąć się przy drodze na chwasty w postaci niezwykle groźnej rośliny - barszczu Sosnowskiego.

 

Pieniny


Pieniny nie są ani dużymi, ani rozległymi górami. Najwyższa góra Trzy Korony ma zaledwie 982 m n.p.m. W Pieniny możemy dostać się dwoma wąwozami. Na Przełęcz Szopkę Wąwozem Szopczańskim (szlak żółty) lub na górę Łączną Wąwozem Gorczyńskim zwanym też Wąwozem Marcelowym. Podejście jest dość ostre, a wejście na sam wierzchołek (Okrąglica) jest po platformach metalowych. Od 20 kwietnia do 31 października pobierane są opłaty za wyjście na platformę widokową Trzech Koron. Nie jest łatwe przeżycie dla osób z lękiem wysokości. Narażeni są do chodzenia po metalowych kratkach nad 500 metrową przepaścią. Tego z pewnością nie przeżyłaby nasza sunia. Ona nie lubi chodzić po ażurowych, metalowych kratkach. Przekonaliśmy się o tym niejednokrotnie w Słowackim Raju.

↪ Z Trzech Koron ścieżka biegnie na szczyt Ostrego Wierchu, a następnie na Zamkową Górę. Ta ostatnia połączona jest z resztą masywu wyłącznie dzięki wąskiej Zamkowej Przełęczy i stanowi jeden z najbardziej nieprzystępnych szczytów w całym paśmie. Strome urwiska Zamkowej Góry sprawiły, że w XIII wieku zbudowano na niej warownię, mającą zapewnić Bolesławowi Wstydliwemu i jego żonie, św. Kindze schronienie przed najazdami tatarskimi.

↪ Dużo pewniej osoby z lękiem wysokości będą się czuć na Sokolicy (747 m n.p.m.) mimo 300 metrowej przepaści. Prowadzi na nią Sokola Perć. Stworzył ją ksiądz Walenty Gadowski, ten sam taternik, który wyznaczył słynną Orlą Perć w Tatrach. Na Sokolicy jest słynna z reklam sosna karłowata wisząca nad przepaścią. Z Sokolicy  widzimy w dole przełom Dunajca i łodzie flisackie z których skorzystamy innego dnia. Po drugiej stronie Dunajca widzimy Drogę Pienińską. Prowadzi ona po stronie Słowackiej ze Szczawnicy do Czerwonego Klasztoru. Dalej do Szczawnicy idziemy szlakiem przez Czerteź i Czertezik. Na drugi brzeg dostaniemy się łodzią.

↪ Kolejnego dnia możemy poznać zachodnią część polskich Pienin wyruszając bezpośrednio z Sromowców Wyżnych czerwonym szlakiem na Przełęcz Trzy Kopce. Potem dalej grzbietem na zachód. Z Koziej Góry widać świetnie Tatry, a nawet Babią Górę.


↪ Następny, czwarty dzień naszych wczasów w Pieninach poświęcimy na spływ Dunajcem. Jest to program obowiązkowy zwłaszcza, że na 50% właścicielem apartamentów, które wynajmujemy jest flisak. Spływ zaczyna się na przystani flisackiej w Kątach na terenie Sromowców Wyżnych. Tratwy flisackie są wygodne i udziela się atmosfera jaką tworzą dowcipni flisacy. Spływ Dunajcem nie oddaje wprawdzie tego co możemy doświadczyć podczas raftingu, ale jest tego namiastką. Możemy również wybrać spływ kajakiem, czy pontonem, ale skąpanie się w zimnej wodzie nie należy chyba do przyjemnych. Co innego rafting w ciepłych krajach Turcji, czy Czarnogórze. Spływy flisackie to przede wszystkim połączenie zwiedzania i poznawanie kultury Podhala. Z tratwy flisackiej możemy podziwiać to co zobaczymy w drodze ze Szczawnicy do Czerwonego Klasztoru. Ten szlak to Droga Pienińska, która obecnie jest po stronie Słowackiej została wybudowany w XIX wieku. Jej pierwszy odcinek od mostu na Grajcarku do przełomu Dunajca przy Leśnickim Potoku został wybudowany z inicjatywy twórcy Szczawnickiego Uzdrowiska Józefa Szalaya w 1875 roku. Spacer brzegiem Dunajca był najważniejszą atrakcją uzdrowiska. Można było podziwiać nie tylko widoki ale i rozbawionych turystów spływających tratwami. Dziś jest dodatkowa atrakcja w postaci tras przygotowanych dla kajakarzy górskich. Drogę Pienińską W XIX wieku prawy brzeg Dunajca należał do Węgier. Mimo to budowę sfinansowano i dokończono z pieniędzy Krakowskiej Akademii Umiejętności. Droga wzdłuż rzeki w wąskim wąwozie wymagała w wielu miejscach prac związanych z drążeniem skał. Dzięki temu dziś mamy atrakcyjną 12 kilometrową drogę edukacyjną z tablicami informacyjnymi i ławeczkami aby można było odpocząć i posłuchać szumu Dunajca. Niestety często panuje na niej spory ruch turystów i rowerzystów - ciężko się odprężyć i cieszyć bliskością przyrody. 

↪ Wyruszając z przystani w Kątach możemy podziwiać łowiska wędkarzy i miejsca, gdzie nad rzeką zadomowiły się bociany czarne. Wkrótce dopływamy do Sromowców Niżnych. Tam mamy najpiękniejszy widok na Trzy Korony które górują nad domami niczym Giewont nad Zakopanem. Widać miejsca, gdzie latem plażują wczasowicze, a dzieci kąpią się w rzece. 

↪ Płyniemy pod wybudowaną w 2006 roku kładką wantową, która po zniesieniu granic umożliwiła przechodzenie turystów ze Sromowców Niżnych do Czerwonego Klasztoru po stronie Słowackiej. Przy kładce po stronie Słowackiej jest sporo sklepów, gdzie można kupić towary za złotówki. 

↪ Wkrótce rzeka przyspiesza i bardziej się pieni, a my podpływamy bliżej gór. Gołym okiem widać platformy widokowe i ludzi na wysuniętej do przodu Okrąglicy najwyższym szczycie Trzech Koron. Wpływamy w wąwóz, a rzeka wije się wśród skał. Flisacy z upodobaniem przepytują turytów z której strony opłyniemy kolejną górę. Szczegóły wycieczki nie ujawniam z uwagi na tych którzy mają jeszcze przed sobą spływ Dunajcem. Osiemnastokilometrową trasę pokonujemy w trzy godziny. 

W linii prostej to zaledwie 6 kilometrów i 36 metrów w dół. 

Sezon flisacki trwa od 1 kwietnia do 31 października. Flisacy pływają codziennie z wyjątkiem święta Bożego Ciała i pierwszego dnia Świąt Wielkanocnych w godzinach:  
     
kwiecień:           9.00 - 16.00
maj - sierpień:   8.30 - 17.00
wrzesień:           8.30 - 16.00
październik:       9.00 - 15.00 

Spływ kończy się w Szczawnicy przy ujściu potoku Grajcarek. Na miejscu jest parking skąd za grosze busy zabiorą nas z powrotem do Sromowców.


Mimo że Szczawnica to dość ruchliwe miejsce warto poświęcić przynajmniej jeden dzień naszych wczasów. Ze Sromowców dostaniemy się tam łatwo, bo busy ciągle kursują wożąc turystów korzystających z uroków spływu Dunajcem. Do atrakcji należy centrum i Park Zdrojowy. Źródła mineralne możemy skosztować zarówno w górnym, jak i dolnym parku. Są też liczne sanatoria zdrojowe. W Szczawnicy jest również Muzeum Pienińskie i Park Wodny Solar. Jednak chyba największą atrakcją jest Park Rozrywki Palenica. Głównym wyciągiem obsługującym turystów jest czteroosobowa kolej linowa krzesełkowa o długości 780 metrów. Do tego dochodzą trzy wyciągi orczykowe o długości odpowiednio 333, 310 oraz 258 metrów. Dla miłośników snowboardowej deski stworzono jeszcze jeden wyciąg orczykowy, krótki, bo zaledwie liczący 100 metrów. Ogólnie tras narciarskich jest dużo więcej - w sumie ponad kilka kilometrów, które cechują się zróżnicowanym stopniem trudności. Par rozrywki jest czynny cały rok. Gdy nie ma śniegu chętni na szusowanie przesiadają się do wózków i podobnie jak na Szyndzielni zjeżdżają specjalnymi rynnami grawitacyjnymi na dół z Palenicy. Po zjeździe jesteśmy wciągani wraz z wózeczkiem na górę i zabawa zaczyna się od nowa. Czas zjazdu trwa 4 minuty. W tym czasie pokonujemy 600 metrową trasę i ponad 20 metrów w pionie. Na wózek mogą się zabrać dwie osoby. Korków nie ma bo wyciąg obsługuje 354 wózki na godzinę. 

Po tych atrakcjach możemy wieczorem wybrać się do Muzycznej Owczarni w Jaworkach. W menu jest muzyka dla każdego. Od dobrego jazzu po poezję śpiewaną. Koncertują tu Skaldowie, Hanna Banaszak, Nigel Kennedy, The Animals, Andrzej Sikorowski, Mikroklimat, Grażyna Łobaszewska, tercet : Napiórkowski, Karolak, Czerwiński, Tadeusz Woźniak, Lora Szaferan, Breakout, Leszek Możdżer, Elżbieta Adamiak czy zespół Bez Jacka i wielu innych. 

Szóstego dnia "wczasów" w Sromowcach polecam dzień na Termy w Bukowinie Tatrzańskiej. Termy Bukovina zapewniają całodzienny zestaw rozrywek. 

↪ Siódmego dnia wracamy w góry. Jedziemy ponownie do Jaworek skąd za Owczarnią wyruszymy na szlak w Małe Pieniny. Jak sama nazwa wskazuje Małe Pieniny są wyższe i zajmują dużo większy obszar. Wzdłuż potoku Białej Wody wspinamy się wśród skałek do grzbietu granicznego. W górnej części szlaku mamy Rezerwat Biała Woda. Wapienne skałki urozmaicają bazaltowe ostańce. Świadectwa że niegdyś na tych terenach ok. 100 mln lat temu był wulkan. Rezerwat stworzono w 1963 roku by uchronić go przed niepożądaną działalnością gospodarczą. Udokumentowane osadnictwo Białej Wody sięga czasów Bolesława Chrobrego. Od drugiej połowy XIV wieku przybyli tu Wołosi, którzy przynieśli z sobą kulturę pasterską. Powstała spora wieś zamieszkała przez Rusinów. Po wojnie Biała Woda była ofiarą akcji Wisła. W 1947 r. wysiedlono Rusinów, a zabudowania spalono. Widoczne są jeszcze na terenie rezerwatu resztki fundamentów i zdziczałe drzewka owocowe.

↪ Dochodząc do szlaku granicznego kierujemy się w stronę Wysokiej (1050 m n.p.m.) najwyższej góry Małych Pienin. W dole widzimy bardzo fotogeniczne skałki w Rezerwacie Zaskalskie-Bodnarówka. To kolorowe skały zbudowane z fliszu karpackiego. Wokół szczytu Wysokiej znajduje się rezerwat Wysokie Skałki. Górę porasta gęsty las i łatwo tam zejść ze szlaku. Kiedyś wiódł on granicą i był przez to bardzo niebezpieczny. Przy szczytowe piargi utrudniają wspinaczkę na szczyt, na którym dodatkowo są barierki utrudniające wejście. Wyczulam wszystkich by uważali tam na oznakowanie szlaku bo można się mocno potłuc. Z Wysokiej zejdziemy do Wąwozu Homole - jednego z najpiękniejszych beskidzkich wąwozów. Po drodze mijamy Polanę pod Wysoką. Wśród łąk widzimy betonowe koryta nawadniające wybudowane przez Łemków (dawnych mieszkańców tych pól). Pod Wysoką była owczarnia. W 1974 roku przekazano ją studentom by zaadaptowali ją na bacówkę. Była tam świetna atmosfera. Spaliśmy w śpiworach na sianie, a przed bacówką nocą pasterze przyganiali owce do specjalnej wiaty. Ostatnio byłem tam we wrześniu 1980 roku. Nocą na dworze była straszna mgła. Zerowa widoczność. Słychać było jedynie dzwonki owiec. Psy pilnujące stad nie były groźne dla ludzi. Zresztą pamiętam do dziś komendę "ku owcom" przywołującą psy pasterskie do posłuszeństwa. Czuliśmy wiarę w zmiany po podpisaniu porozumień sierpniowych. Ktoś grał "Obławę" potem "Są w Ojczyźnie rachunki krzywd". Dwa miesiące potem bacówka spłonęła jakby w zemście wygnanych Łemków.

 

Teraz też jest tam baza studencka, jednak nieco niżej, obok górnego wejścia do Wąwozu Homole. Prowadzi ją łódzkie SKPB. Wąwóz Homole to przeurocze miejsce. Podobnie jak w Białej Wodzie i tu w 1963 roku powstał rezerwat przyrody. Przepływający przez wąwóz potok Kamionka pokonuje kolejne kaskady, a wapienne skały nadają wodzie modry odcień. W słoneczne dni możemy nawet poczuć się jak w Plitwickich Jeziorach. Homole ma długość niespełna kilometra, a ściany kanionu mają miejscami nawet 120 metrów wysokości. Dodatkowo koryto strumienia wypełnione jest dużą ilością głazów - co dodatkowo uatrakcyjnia wycieczkę.

↪ Docieramy do Jaworek i wracamy do Sromowców. Między Szczawnicą a Krościenkiem czeka na drodze niespodzianka. Stado owiec pędzone główną drogą skutecznie blokuje przejazd na niemal godzinę. Widząc co się dzieje wracamy do Szczawnicy na słynne placki ziemniaczane po węgiersku, na ostro. Wybieramy przytulny bar w bocznej ulicy. Pikantny gulasz dodawany do placków smakuje jak dawniej.

↪ Tak mija nam siedem dni w Sromowcach spędzonych w Polsce. Teraz czas na Słowację gdzie jest równie blisko. Pierwszy dzień to pętla wokół Grupy Golicy. Ruszamy przez kładkę, potem Pienińską Drogą do Leśnickiego Potoku. Tam skręcamy w kierunku Leśnicy. Dużo ciekawych atrakcji czeka na nas przy Chacie Pieniny. Następnie kierujemy się w kierunku Haligovskich Skał. Tu małe foto na Pieniny i Wysoką. Następnie wracamy do Czerowonego Klasztoru (sporo lisów). Dzieciom z pewnością spodoba się skansen niedaleko klasztoru. Ciekawie przygotowana izba ludowa i dawne maszyny rolnicze. Dzień dziewiąty i dziesiąty zajmie nam wędrówka po Spiskiej Magurze. Tu odpoczniemy od tłumów na szlaku. Polecam wycieczkę z Wielkiego Lipnika na Veterny Vrch (1111 m n.p.m.). Wielki Lipnik podobnie jak sąsiadujące z nim po stronie Polskiej Jaworki był wsią łemkowską. Wprawdzie tu nieznane są działania przypominające akcję Wisła, ale bez tego po wojnie Rusini wyemigrowali pozostawiając opuszczone domy. Jeżeli macie dobry obiektyw to z Veternego Vrhu można zrobić zdjęcie Trzem Koronom. Świetnie też prezentują się Tatry i Niskie Tatry. Wracając możemy podziwiać hektary farmy fotowoltaicznej. Widać jak Słowacy umiejętnie wykorzystują dotacje unijne. Nic dziwnego że mają dużo tańszy prąd niż w Polsce i opłaca im się ogrzewać mieszkania prądem (tam gdzie nie ma gazu). Swoją drogą instalacje gazowe są nawet w najmniejszych wsiach położonych wysoko w górach.

zdjęcie ze strony : bachledka.sk

↪ Kolejny dzień w Spiskiej Magurze rezerwujemy na Bukovinę nad Bachledową Doliną. W tym celu jedziemy do Jezerska. Stąd ruszamy w kierunku wyciągów narciarskich. Z pewnością zwróci waszą uwagę architektura. Małe drewniane domki zachęcają by przyjechać tu zimą na narty. Tym bardziej, że nie ma tu tłoku w przeciwieństwie do Bachledowej Doliny, która jest po drugiej stronie góry. Oczywiście, oba zbocza są połączone jednym skipassem. Zmienić stok można na szczycie bo stacje górne wyciągów linowych sąsiadują ze sobą. Bachledowa Dolina ma 13 tras zjazdowych o długości 12 kilometrów. Od 2015 roku w całych słowackich Tatrach obowiązuje jeden karnet TatraSky. W ubiegłym roku do programu TatraSky dołączyły również niektóre ośrodki narciarskie po polskiej stronie plus lodowisko i Kompleks Terma Bania w Białce Tatrzańskiej.To duża wygoda bo posiadacz karnetu może nie tylko szusować na różnych stokach, ale i pojeździć na łyżwach i pójść na trzy godziny na darmowy basen.
Na szczycie góry możemy wejść na wierzę widokową na Bukovinie (1176 m n.p.m.), Przy ładnej pogodzie widać sporo gór. Jedna nawet przypominała mi Giewont ale teraz myślę, że nie mogło to być możliwe. Za to świetnie widać Tatry Wysokie, a z drugiej strony Trzy Korony. Schodząc warto nie przegapić Jezerskiego Jeziora. Zaszyte wśród roślinności ma ciekawy szmaragdowy kolor.
29 września 2017 roku  została otwarta Bachledka, wyjątkowa ścieżka  która jest poprowadzona w koronach drzew. Połączenie tarasu widokowego i wieży widokowej. Z pewnością jak będę w okolicy z pewnością tam zajrzę. Łącznie trasa ma 1200 km. Maksymalna wysokość platform widokowych to 24 m, przechodząc po nich można dotrzeć do okrągłej wieży wysokości 32 m. Z góry łatwo dostrzec panoramę Pienin z Trzema Koronami i Tatr Bielskich, a także Zamek w Nidzicy. Na ścieżce czekają 3 zakątki adrenalinowe z przezroczystymi przejściami, przystanki edukacyjne, plac zabaw, rozciągnięta nad przepaścią sieć dla odważnych, a także sucha zjeżdżalnia o długości 61 m owinięta wokół wieży widokowe.
Jezioro ma 7,5 metra głębokości i jest zasilane podziemnymi źródłami. Jezioro jest ostoją traszek.
Kolejny dzień wczasów przeznaczam na basen termalny we Vrbovie. Istnieje też spolszczona nazwa miejscowości Wierzbów. Vrbov ma wody termalne silnie zmineralizowane wyjątkowe pod względem składu.

Woda termalna w kąpielisku Vrbov wykazuje działanie lecznicze w przypadku schorzeń: kostno-stawowych, skórnych, układu nerwowego, sercowo-naczyniowych, górnych dróg oddechowych z astmą i alergicznych. Lekarze szczególnie polecają pobyt na basenie "siadaczkowym" (dla siedzących) gdzie temperatura wynosi 37 stopni. Miło tam posiedzieć nawet zimą, gdy na dworze jest -15 stopni. Trzeba tylko od czasu do czasu zanurkować by włosy nie zamarzły. Dodatkowo woda wypływająca ze ścian basenu jest gazowana i silnym strumieniem masuje mięśnie.

Zresztą źródła z wody mineralnej naturalnie gazowane to częste zjawisko w okolicach Keżmarku. Najbardziej lubię wodę ze źródła we wsi Horka Ondrej. Silnie zmineralizowana i naturalnie nasączona dwutlenkiem węgla. Zawsze jak tam mam być miesiącami zbieram butelki plastikowe aby ją nabrać. Kolejne wycieczki proponuję do Spiskiego Zamku i położonego obok "słowackiego Pamukale".  Można też wybrać się na termy w Wyżnych Rużbachach. My zawsze odwiedzamy Łomnicę. Wjeżdżamy kolejką gondolową do Łomnickiego Stawu by popatrzeć sobie z góry. Co ważne można tam wjeżdżać z psem. Potem mały spacerek na Łomnicką Przełęcz (2190 m n.p.m.). W zimie jest czasem czynny wyciąg krzesełkowy. Widoki zapierają dech.
Jesteśmy przecież na dachu Tatr ....

Kończymy na tym wczasy w Sromowcach i ruszamy dalej na szlak. Naszym kierunkiem jest Piwniczna. Możemy dostać się tam grzbietem Małych Pienin lub Pasmem Radziejowej. Ponieważ na Wysokiej już byliśmy wybieramy wariant z Radziejową.




Jan Paweł II mówił o tej trasie w Starym Sączu 16 czerwca 1999 w "powtórce z geografii" "Wybieramy się więc na Dzwonkówkę. Potem kierujemy się na Wielką Radziejową przez Przehybę".

W pierwszym zdaniu Papież się pomylił nazywając Radziejową - Wielką Raczą, ale zaraz się poprawił. Widać bliżej mu było sercem do Wielkiej Raczy, gdzie częściej jeździł  na wycieczki z rodzinnych Wadowic.  Jest trochę problemów z pisaniem nazwy góry Przehyba. Papież używał nazwy Prehyba, ale są i bardziej spolszczone - Przechyba. Z pewnością nazwa pochodzi od Łemków.

Na szczycie obok schroniska znajduje się z 87-metrową stalowa wieża nadajnika RTON. Dzięki wysokości i mocy ma zasięg w promieniu 100 km. Nieco wyższy jest szczyt Radziejowej (1266,5 m n.p.m.). Na szczycie jest zlokalizowana wieża widokowa, obecnie niedostępna na skutek zniszczeń wywołanych burzą. Obok wieży stoi obelisk upamiętniający 1000-lecie Polski. Z Radziejowej przez Wielki Rogacz schodzimy do Piwnicznej. Nigdy nie zatrzymywałem się w tym miasteczku. Kiedyś dawno temu spaliśmy w Kosarzyskach przy niezbyt czystym basenie zasilanym wodą z potoku.

Wsiadamy więc w pociąg by dotrzeć do Żegiestowa. Przygnębiający jest widok nieczynnego i w dużym stopniu zdewastowanego sanatorium. Sunia chętnie pozuje do zdjęć zasiadając przy źródełku wody mineralnej i na piedestale nieczynnej fontanny. Tu bierze początek szlak na Wierchomlę, ale mamy w planie jeszcze Łopatę Polską. Zastanawialiśmy się wcześniej na wybranie tego miejsca na dłuższy pobyt w gospodarstwie agroturystycznych. Kusiła nas możliwość spływu kajakowego Popradem i ciekawa baza wypadowa na kilkudniowy pobyt. W końcu zdecydowaliśmy się na Szczawnik.

Oprócz ciekawej plaży na Łopacie Polskiej zauważyliśmy po słowackiej stronie nietypową elektrownię wodną Sulin. Poprad, podobnie jak Dunajec, wije się między skałami omijając co raz równe górki. Sama Łopata Polska to przecież półwysep tyle, że na rzece. Słowacy wykorzystali zakręty rzeki i przekopali sztolnię pod górą aby skrócić bieg części rzeki (wykorzystując spadek do wytwarzania prądu). W ten sposób powstała w 1997 roku mała elektrownia wodna. Bez tamy, spiętrzania rzeki, wysiedlania ludności z terenów zalewowych. Proste i logiczne. Średnica sztolni 3,6 m. Długość 125 m. Wraz z budynkiem elektrowni 155 m. Moc elektrowni 960kW, czynna cały rok.

Polacy błysnęli czujnością i zbadali czy nie wpływa negatywnie na środowisko. Niestety nie! - potwierdzili uczeni z Krakowa i nadal trujemy nasze miasta smogiem z pieców węglowych.  Cieszymy się zbliżając się do Muszyny ponieważ to miasto naszego ulubionego poety i autora tekstów piosenek - Adama Ziemianina. Jakże jest inne od Żegiestowa, Piwnicznej, czy Krościenka. Czyste, schludne i co rusz przyozdobione figurkami z  roślin ozdobnych. Do tego w Muszynie panuje taka rodzinna atmosfera. Gdy w Jastrzębiku otworzono lokalny wyciąg orczykowy wystarczyło pokazać się parę razy na stoku by już poznać większość mieszkańców Muszyny. Gdyby mógł wybrać gdzie chciałbym kiedyś mieszkać z pewnością wybrałbym okolice Muszyny.




Po zakwaterowaniu się w centrum Szczawnika wyznaczamy sobie główny plan zwiedzania. Przede wszystkim Palenica, Wierchomla, Jaworzyna Krynicka, Hala Łabowska, Kotylniczy Wierch. Poza tym fajnie byłoby wpaść do Leluchowa, Wojkowej, Tylicza i Krynicy. Warto też sprawdzić baseny w Złockiem. Może mały wypad na Słowację tym razem na zakupy do Bardejowa, przy okazji sprawdzić Bardejowskie Kupele.

↪ Pierwszego dnia ruszamy z samego rana do Krynicy Zdrój by jak najszybciej wjechać kolejką na Jaworzynę Krynicką (1114 m n.p.m.). Na szczęście wszystko wskazuje na to, że będziemy mieć wspaniałą pogodę. Mimo połowy października termometry pokazują 22,5 stopnia. Kolejkę na Jaworzynę wybudowano w 1996 roku więc jest dość nowoczesna. Łatwo się do niej wsiada nawet z nartami, czy rowerem, które po prostu wiesza się na zewnątrz. "Jaworzyna górom się kłania" tę znaną piosenkę śpiewał Browar Żywiec. Teraz nucąc tę piosenkę gondolą wielkości tej na Łomnicę unikamy kolejnego podejścia. Mamy już to z głowy. Na szczycie, mimo wczesnej godziny jest i tak sporo ludzi. Podobnie jak na Przehybie i tu znajduje się nadajnik telewizyjny. Tylko wieża jest nieco niższa. Stacja kolejki jest na samym wierzchołku. Nieco niżej znajduje się schronisko.

Jaworzyna Krynicka jest idealnym miejscem do uprawiania turystyki rowerowej. Szlaki są przystosowane do ruchu rowerów. Jednak przede wszystkim Jaworzyna do raj dla narciarzy. Oprócz gondoli funkcjonuje tu 6 wyciągów narciarskich. na 6 trasach zjazdowych o łącznej długości ponad 8 km.

↪ Ponieważ mamy dobry czas wybierzemy się na Halę Łabowską. Szlak prowadzi grzbietem pasma Jaworzyny Krynickiej. Przez Bukową i Runek idziemy przyjazną ścieżką w kierunku Łabowskiej. Przy samej ścieżce pojawiło się sporo prawdziwków więc trochę nam czasu zeszło na zbieranie grzybów. Hala Łabowska (1061 m n.p.m.) przywitała nas pysznymi naleśnikami, smacznym serniczkiem i parą kotów śpiących w doniczkach z kwiatkami. Ilość grzybów była dość spora więc trzeba było powolutku się zbierać. W październiku dość szybko robi się ciemno wiec praktycznie ze schroniska nad Wierchomlą schodziliśmy już po ciemku. Nawet sunia czuła się dość niepewnie, a jest to kawałek drogi. Wieczorem czekało nas jeszcze obieranie i gotowanie grzybów. Fajnie mieć pokój z w pełni wyposażoną kuchnią, w tym dużą lodówkę.

↪ Następnego dnia wróciliśmy do schroniska nad Wierchomlą (1002 m n.p.m.) . Byliśmy tam po zmierzchu więc dopiero teraz mogliśmy zobaczyć jak dużo tam wyciągów narciarskich. Jeden z nich schodzi do Szczawnika. Stacja narciarska na Wierchomli obejmuje 9 wyciągów. Długość tras zjazdowych jest nieco wyższa niż na Jaworzynie. Dwie trasy zjazdowe schodzą do Szczawnika. Potem przejście wzdłuż wierzchołka i zejście wzdłuż jednej z nartostrad do Szczawnika. Wieczorem wyjście na basen w sanatorium Geovita w Złockiem. Przy cerkwi w Szczawniku jest źródełko z wodą mineralną. Wprawdzie mniej gazowana niż ta z Horki-Ondreja, ale przez to ma więcej zwolenników.

↪ Trzeciego dnia postanowiliśmy pozwiedzać okolicę samochodem. Zaczęliśmy od wizyty przy "dychawkach" . Jedno z takich miejsc jest przy wyjeździe ze Złockiego w stronę Jastrzębika po prawej stronie za strumykiem. Jest dość dobrze oznaczone więc nie trudno ją znaleźć. Dychawka jest to sucha ekshalacja dwutlenku węgla. Czyli dziura z której wydostaje się gaz który może nawet zabić. "Dychawka" to słyszalny oddech Ziemi. To szczelina ujęta drewnianą rurą z której wydobywa się suchy dwutlenek węgla CO₂ z bardzo głębokiej szczeliny. Wydobywający się gaz błyskawicznie uśmierca przelatujące tam owady. Jest bezwonny tak jak czad. Nasza sunia unikała tego miejsca. Po przejeździe przez Jastrzębik chcieliśmy poszukać jakiejś otwartej cerkwi. Znaleźliśmy ja dopiero w Wojkowej i to od ze świetnie przygotowanym przewodnikiem. W zasadzie na miejsce niechcący zawiózł nas GPS w drodze na Słowację. Trudno szukać tego miejsca na mało dokładnej mapie. Diabeł mówi tam "dobranoc". Cerkiew jest na górce nieco oddalona od drogi. Na parkingu stał tylko jeden samochód. Weszliśmy do środka. W cerkwi przywitał nas człowiek - legenda 90-letni Antoni Głąb nauczyciel, wieloletni dyrektor szkoły, społecznik, lekarz, opiekun zabytkowej cerkwi pod wezwaniem św. Kosmy i Damiana.


Nadzwyczajny szafarz Eucharystii. Opowiedział nam o ikonostasie wojkowej cerkwi. Wojkowa to miejsce, gdzie jest wyjątkowa, leżąca ikona. Szybko poznaliśmy zwyczaje naszych braci w wierze i ich historię. Zasługi św. Kosmy i Damiana dla Kościoła Powszechnego. Najczarniejsze karty z Akcji Wisła i o powojennej gehennie tych, którym udało się tu zostać. Nie zdawałem sobie sprawę jak to wszystko może być poplątane. Przesiedlenia i spalone wsie. Z drugiej strony ich obrońca Bandera, który był oprawcą. Oczywiście jest też pewnie jakaś kolejność zdarzeń. Wiele wydarzeń było skutkiem odwetu. Po lekcji historii i tolerancji wybraliśmy się na zakupy do Bardejowa. Niestety na Bardejowskie Kupele było już za późno. Na koniec zajrzeliśmy jeszcze do Leluchowa.

↪ Następnego dnia postanowiliśmy odwiedzić Bazę SKPB Muszyna-Złockie, która znajduje się na zboczu Koziejówki. Baza ta jest słynna z odbywającego się na niej w sierpniu festiwalu piosenki turystycznej. Baza jest czynna od 1 lipca do 30 sierpnia. Brak tam wygód typu prąd. Wszystko ma charakter polowy. Latryny, punkt mycia, czerpania wody. Jedyne udogodnienia to namioty wojskowe i możliwość korzystania z kuchni polowej. Atrakcją kulinarną bazy jest glumza. Jest to danie które powstaje na żywo z tego co przyniosą uczestnicy. Nieważne czy masz pomidorową, żurek, czy ogórkową. Wszystko trafia do jednego garnka.  

Z Koziejówki przechodzimy na Górę Zamkową skąd możemy podziwiać Muszynę. W Muszynie warto też odwiedzić muzeum Adama Ziemianina

Została nam jeszcze do zwiedzania Krynica Zdrój. Trudno określić z czego najbardziej znana jest Krynica. Dla jednych będzie to Jaworzyna Krynicka, dla innych wartość zdrojowa i sanatoryjna, jeszcze inni przyjeżdżają tu na Forum Ekonomiczne, czy Festiwal Jana Kiepury, czy zjazd na warsztaty artystyczne ludzi z całego świata, których przyciąga wystawa prac słynnego Nikifora. Niektórzy w okolicznych pasiekach widzą sławę tego miasta, mówiąc że to zagłębie produkcji najprzedniejszych miodów. Ja przez Krynicę po prostu przejeżdżam. Rzadko kiedy tam zaglądam. najczęściej w drodze na Jaworzynę Krynicką czy zimą - na Górę Parkową.


 

Ile trzeba mieć czasu by obejść to wszystko?


Odpowiedź brzmi: Pewnie sporo. Wszystko zależy od tego co pokazuje nasz pesel, albo ile tabletek musimy łykać codziennie. Jak byłem młody zajęło mi to 21 dni. Ale to były czasy gdy na plecak nosiło się wszystko, bo w sklepach nie było prawie nic. Teraz odtwarzam to wszystko na raty. Bo przecież jeszcze nie czas by gitary (i buty turystyczne) spały na dnie szaf.

#ciekawe miejsca #Beskidy #Beskid Żywiecki #Beskid Śląski #Pilsko #Babia Góra #Beskid Makowski #Gorce #Turbacz #Pieniny #Zalew Czorsztyński #Dunajec #spływ Dunajcem #Trzy Korony #flisak #Szczawnica #Przehyba #Radziejowa #Jan Paweł II #powtórka z geografii #Wysoka #Wąwóz Homole #Muzyczna Owczarnia #Jaworki #Biała Woda #Piwniczna #Żegiestów #Polska Łopata #Złockie #Szczawnik #Adam Ziemianin #Leluchów #Jaworzyna Krynicka #cerkwie #Łemkowie #Akcja Wisła #Bandera #Krynica Zdrój #Wierchomla #trasy narciarskie #wyciągi #Łomnica #Vrbov #Keżmarok #Bachledówka #Bachledowa Dolina #Veterny Vrch #Hala Łabowska 


 

- Copyright © Inside Your Life | blog lifestylowy - Skyblue - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -